Krzywa Wieża
Andre Biberstein
Rozdział 1
Nikt nie czeka
Pociąg szarpnął przy wjeździe na stację. Marta uderzyła barkiem o ściankę fotela i obudziła się do końca. Przez ostatnie pół godziny drzemała z głową opartą o szybę. Kiedy skład zwolnił, ludzie zaczęli zdejmować kurtki z półek i wyciągać walizki, choć do peronu zostało jeszcze kilka minut.
Marta włączyła telefon. Ekran zalały powiadomienia. Służbowy Teams, trzy wiadomości od Doroty, reklama sklepu, przypomnienie z banku, Krzysztof. Na samej górze nie było Aleksandra.
Patrzyła na listę dłużej, niż było trzeba. Potem przeciągnęła palcem w dół, jakby telefon mógł się pomylić i po odświeżeniu wypluć wiadomość, której nie było.
Nic.
Wczoraj wieczorem zadzwoniła do niego sześć razy. Dzisiaj rano połączenie zostało odrzucone. Później próbowała jeszcze trzy razy. Za każdym razem kończyło się bez rozmowy. Napisała: „Będę po osiemnastej”. Potem: „Około dziewiętnastej będę w domu”. Nie odpowiedział.
Kiedy drzwi wagonu się otworzyły, tłum ruszył na peron. Marta poprawiła granatową marynarkę, tę, którą kupili razem dzień przed wyjazdem. Była pognieciona na plecach. W przejściu pachniało mokrymi kurtkami, kawą i cudzym jedzeniem. Ktoś za nią rozmawiał głośno przez telefon.
- Już jestem. Tak, kochanie. Wysiadam.
Marta obejrzała się odruchowo. Mężczyzna po czterdziestce uśmiechał się do telefonu. Wyglądał na zmęczonego i szczęśliwego. Miał pod pachą komputer, na ramieniu torbę i śmiesznie przekrzywiony identyfikator konferencji. Taki sam jak ona.
Odwróciła wzrok. Marta wysiadła z nową szarą walizką, którą przed wyjazdem przez pół wieczoru woziła po mieszkaniu, sprawdzając kółka. Teraz jedno z nich terkotało na nierównej płycie peronu.
Aleksander śmiał się wtedy, że testuje ją jak samochód.
- Ma przeżyć konferencję - odpowiedziała.
- Ambitny plan.
Teraz pociągnęła walizkę w stronę przejścia podziemnego. Wydawała się cięższa niż w piątek, choć niczego nie kupiła.
W hali dworca było tłoczno. Dziecko wyrwało się kobiecie i pobiegło do mężczyzny czekającego przy schodach. Dziewczyna z bukietem słoneczników machała komuś za plecami Marty. Ludzie rozchodzili się po dwie, trzy osoby, czasem całą rodziną.
Marta stanęła z boku. Wiedziała już, że Aleksandra tam nie będzie, a jednak przez chwilę patrzyła ponad głowami ludzi.
Kiedyś czekał. Nawet jeśli pociąg był opóźniony. Marudził, że parking przy dworcu kosztuje absurdalne pieniądze, po czym płacił i stał przy wyjściu. Nigdy z kwiatami. Raz przywiózł jej drożdżówkę z serem, bo wiedział, że po podróży będzie głodna.
Wyciągnęła telefon.
„Jestem.”
Wysłała. SMS nie pokazywał niczego poza godziną wysłania.
Miała ochotę zadzwonić jeszcze raz, ale schowała telefon do torebki.
W taksówce kierowca słuchał radia i dwa razy próbował rozpocząć rozmowę o korkach. Marta odpowiadała pojedynczymi słowami. Za szybą przesuwały się światła, reklamy aptek, stacje benzynowe i mokry asfalt.
Telefon zawibrował.
Marta wyrwała go z torebki.
Krzysztof.
„Daj znać, jak dojedziesz. I proszę, nie znikaj teraz.”
Przeczytała dwa razy. Potem zablokowała ekran.
- Wszystko w porządku? - zapytał kierowca, patrząc w lusterko.
- Tak.
Słowo wyszło za szybko.
Kierowca wzruszył ramionami i podgłośnił radio.
Marta oparła głowę o zagłówek. Hotel został za nią kilka godzin wcześniej. Nie umiała jeszcze nazwać tego, co wydarzyło się z Krzysztofem. Bała się wszystkiego, co przyjdzie po tym. Telefonu. Powrotu. Drzwi mieszkania. Twarzy Aleksandra.
Tyle że twarzy Aleksandra nie zobaczyła.
Taksówka zatrzymała się przed starą kamienicą kilka minut przed dziewiętnastą. Marta zapłaciła telefonem. Kierowca wysiadł, wyciągnął walizkę i postawił ją na chodniku.
- Dobrego wieczoru.
- Wzajemnie.
Deszcz zaczął znowu kropić. Nie na tyle, żeby otwierać parasol. Marta pociągnęła walizkę przez chodnik. Jedno kółko terkotało na łączeniach płyt. Ciężkie drzwi kamienicy ustąpiły dopiero za drugim pchnięciem.
Na klatce pachniało kapustą z któregoś mieszkania i czymś nieokreślonym. Pod skrzynkami na listy ktoś zostawił dziecięcy rowerek. Marta chwyciła walizkę za boczną rączkę i zaczęła wnosić ją po schodach.
Spojrzała na telefon. Żadnej wiadomości.
Na pierwszym piętrze zmieniła rękę. Na drugim zatrzymała się na półpiętrze. W ciemnej szybie wysokiego okna zobaczyła kobietę z rozmazanym tuszem pod jednym okiem, z włosami przyklapniętymi po podróży i z granatową marynarką, którą Aleksander wybrał.
„Ta”, powiedział wtedy w galerii.
„Dlaczego?”
„Bo w tamtej wyglądasz, jakbyś przyszła komuś odmówić kredytu.”
„A w tej?”
„Jakbyś przyszła go przejąć.”
Śmiała się tak głośno, że kobieta w przymierzalni obok chrząknęła.
Na trzecim piętrze postawiła walizkę na stopniu i złapała oddech.
Dociągnęła walizkę pod drzwi. Z mieszkania sąsiadów dochodził telewizor. Ktoś komentował mecz. Dalej było cicho.
Klucz wszedł do zamka normalnie. To ją zaskoczyło.
Przez całą drogę wyobrażała sobie różne rzeczy. Że Aleksander zmienił wkładkę. Że otworzy jej i od razu zapyta. Że będzie siedział w kuchni. Że zobaczy jego plecy przy oknie. Że może będzie krzyczał, choć prawie nigdy nie krzyczał.
Przekręciła klucz.
W przedpokoju było ciemno.
- Aleks?
Cisza.
Wsunęła walizkę do środka i zamknęła drzwi. Zdjęła buty. Postawiła torebkę na komodzie.
Najpierw zauważyła miejsce po jego kurtce.
Wieszak był pusty.
Poniżej nie stały brązowe półbuty, których nigdy nie chował do szafy, bo „jutro znowu je założy”. Nie było sportowych. Zniknęły też stare czarne trzewiki używane zimą.
Marta zapaliła światło w kuchni.
Na blacie stała jej filiżanka po kawie sprzed wyjazdu. Aleksander zwykle wkładał wszystko do zmywarki, nawet kiedy się złościł. Teraz filiżanka została. Obok leżał rachunek z galerii, złożony na pół.
Dotknęła papieru palcem.
Garsonka. Buty.
Data: czwartek.
Cztery dni temu.
Otworzyła lodówkę. Bez sensu. Światło zapaliło się, na półce stał jogurt, musztarda, otwarty słoik ogórków i pudełko z serem. Niczego tam nie szukała.
- Aleksander?
Tym razem powiedziała głośniej.
Przeszła do sypialni.
Szafa po jego stronie była otwarta. Nie pusta. Zostały dwa garnitury, których prawie nie nosił, stara kurtka i koszula z oberwanym guzikiem. Zniknęły rzeczy codzienne: dżinsy, swetry, bielizna, koszulki. Na dolnej półce nie było torby podróżnej.
Marta usiadła na brzegu łóżka. Materac ugiął się pod nią. Poczuła zapach własnych perfum z szalika rzuconego przed wyjazdem na krzesło. Po stronie Aleksandra poduszka była równo ułożona.
Wyciągnęła telefon.
Zadzwoniła.
Sygnał.
Drugi.
Trzeci.
Poczta głosowa.
Rozłączyła się bez nagrania.
Napisała: „Jestem w domu.”
Po minucie: „Proszę, odezwij się.”
Potem długo nic.
Przeszła do łazienki. Nie było jego szczoteczki ani maszynki do golenia.
Telefon zawibrował.
Marta prawie wypuściła butelkę.
Krzysztof.
„Marta?”
Tylko tyle.
Usiadła na zamkniętej desce sedesowej. Kafelki były zimne pod stopami. Zdjęła pończochy jeszcze w hotelu, rano, w pośpiechu. Teraz miała na sobie cienkie skarpety z podróży i jedną z nich przemoczyła przed kamienicą. Czuła wilgoć między palcami.
Krzysztof napisał znowu.
„Nie chcę, żebyś pomyślała, że to, co było wczoraj, nic dla mnie nie znaczyło.”
Marta zacisnęła zęby. Wczoraj chciała, żeby tak do niej pisał. Może nawet godzinę po wyjściu z jego pokoju. Chciała potwierdzenia, że to coś znaczyło, że nie zrobiła czegoś aż tak głupiego tylko dlatego, że ktoś był nowy, przystojny i umiał słuchać.
Teraz każde jego słowo brzmiało jak problem, który sam wchodził jej do mieszkania.
Napisała: „Nie pisz teraz.”
Odpowiedź pojawiła się prawie natychmiast.
„On wie?”
Marta patrzyła na ekran. Krzysztof wiedział o Aleksandrze. Powiedziała mu, że ma partnera i że są razem prawie trzy lata. Powiedziała to, zanim pojechała z nim na dziesiąte piętro.
To uderzyło ją mocniej niż wiadomość.
Przez półtora dnia mówiła obcemu mężczyźnie o sobie tak, jakby mieszkanie, do którego wróciła, było tylko jej. W tej wersji zakupy w czwartek robiła sama; nikt nie siedział przed przymierzalnią, nie niósł torby z butami, nie zapiął jej później walizki ani nie powiedział przy drzwiach, żeby napisała, kiedy dojedzie.
Wstała. Poszła do salonu. Prywatny Mac Marty stał na biurku. Pokrywa była zamknięta. Kabel zwisał z boku. Obok leżały jego okulary do komputera.
Na ekranie, kiedy go poruszyła, obudziła się karta przeglądarki. Rezerwacja małego pensjonatu nad morzem. Mieli pojechać jej nowym samochodem w następnym miesiącu. Termin wciąż był zaznaczony w kalendarzu.
Te zostawił.
Marta podniosła je i wtedy zobaczyła klucz.
Leżał pod okularami.
Zwykły klucz do mieszkania, z małym, wytartym brelokiem w kształcie krzywej wieży.
Kupili go na początku ich znajomości w Toruniu za kilka złotych. Marta śmiała się, że jest tandetny. Aleksander przypiął go do klucza i używał od tamtej pory.
Teraz brelok leżał na biurku.
Marta usiadła na jego krześle. Nie płakała. Jeszcze nie wiedziała, czy już może.
Otworzyła wiadomości i napisała: „Ja naprawdę muszę z tobą porozmawiać.”
Kursor migał po ostatniej kropce.
Usunęła „naprawdę”.
Potem usunęła całe zdanie.
Napisała tylko: „Proszę.”
Wysłała. Na zewnątrz ktoś trzasnął drzwiami samochodu. W mieszkaniu sąsiadów wybuchł śmiech. Lodówka w kuchni włączyła agregat i zaczęła jednostajnie buczeć.
Marta siedziała przy biurku Aleksandra, z jego okularami w dłoni i kluczem obok.
Rozdział 2
Krzywa podłoga
Prawie trzy lata wcześniej
Marta weszła do baszty, bo zaczęło padać.
Nie planowała kawy. Miała jeszcze ponad godzinę do pociągu i plecak, który po całym dniu ciążył jej bardziej niż rano. Chciała przejść wzdłuż murów, zejść nad rzekę i gdzieś po drodze kupić wodę. Deszcz spadł nagle, twardy, zimny, z wiatrem od Wisły. Po dwóch minutach miała mokre rękawy i włosy przyklejone do policzków.
Nad wejściem wisiała mała, wypłowiała tablica: KAWA • CIASTO • PIĘTRO.
Obok ktoś przybił kartkę z legendą. Rycerz, złamana przysięga, krzywa wieża postawiona za grzech. Na dole dopisano, że kto potrafi oprzeć się plecami o mur i nie stracić równowagi, ma czyste sumienie.
Marta przeczytała dwa ostatnie zdania i prychnęła.
- Świetnie. Jeszcze kawa z testem moralności.
Weszła. W środku pachniało mokrą cegłą, kawą i czymś słodkim, chyba cynamonem. Baszta była węższa, niż wyglądała z ulicy. Stare ściany szły pod dziwnym kątem, a podłoga naprawdę uciekała w jedną stronę. Marta zrobiła dwa kroki, zatrzymała się i spojrzała pod nogi.
- Serio?
Kobieta za ladą nawet nie podniosła głowy.
- Serio. Tylko proszę uważać, bo podłoga ciągnie w lewo.
- Aż tak?
- Pierwszy raz każdy patrzy pod nogi.
Marta parsknęła śmiechem. Zrzuciła plecak z ramienia. Jasna bluzka od deszczu przykleiła jej się do ciała. Poczuła chłód na plecach i ramionach. Włosy miała mokre niemal do połowy. Poprawiła je obiema rękami, bardziej z irytacji niż z troski o wygląd.
- Duża kawa. Czarna.
- Na dole czy na górze?
- Góra.
- Tylko ostrożnie. Na trzecim stopniu każdy się potyka.
- To czemu go nie naprawicie?
- Właściciel twierdzi, że to część uroku.
Marta zapłaciła. Wzięła filiżankę i ruszyła po schodach. Na trzecim stopniu rzeczywiście zahaczyła czubkiem buta.
- Cholera.
Ktoś na górze się roześmiał. Nie głośno. Krótko.
Marta weszła na piętro i zobaczyła mężczyznę siedzącego pod oknem. Miał przed sobą espresso, otwartą gazetę i okulary zsunięte na koniec nosa. Siwe pasma przy skroniach, reszta włosów ciemna. Kurtka przewieszona przez oparcie krzesła. Wyglądał na kogoś, kto nie ma powodu się spieszyć.
- Pan się śmieje? - zapytała.
Zdjął okulary.
- Z siebie. Ja się potknąłem dwa razy.
- Za pierwszym razem nie zapamiętał pan stopnia?
- Za drugim sprawdzałem, czy nadal tam jest.
Marta postawiła filiżankę na stoliku obok. Kawa przesunęła się o milimetr na spodku.
- To bezpieczne?
- Kawa?
- Budynek.
Mężczyzna popatrzył na ścianę, potem na sufit.
- Stoi od kilkuset lat.
- To nie jest odpowiedź.
- Dla inżyniera całkiem niezła.
Usiadła. Miała do wyboru kilka wolnych stolików. Wybrała ten przy sąsiednim oknie. Dopiero po chwili zorientowała się, że przez układ pomieszczenia siedzą prawie naprzeciwko siebie.
Na zewnątrz deszcz bił o bruk. Ludzie biegli pod murami z kurtkami zarzuconymi na głowę. Za szybą stare miasto robiło się ciemniejsze, cegła prawie brunatna. Marta dmuchnęła na kawę.
Mężczyzna wrócił do gazety.
Przez minutę było cicho.
Marta wytrzymała może czterdzieści sekund.
- Naprawdę jest pan inżynierem?
Spojrzał znad gazety. - Naprawdę.
- Budownictwo?
- Konstrukcje.
- Czyli powinien pan wiedzieć, czy to się przewróci.
- Powinienem.
- I?
- Nie dzisiaj.
Zaśmiała się. - Dobra odpowiedź.
- Praktyczna.
- A jutro?
- Jutro mnie tu nie będzie.
Marta upiła łyk kawy.
- Wygodne.
Mężczyzna złożył gazetę.
- Pani zawsze przepytuje obcych ludzi?
- Tylko kiedy pada.
- A kiedy świeci słońce?
- Wtedy uciekam.
- Od ludzi?
- Od słońca.
Popatrzył na jej bardzo jasną skórę.
- To akurat widać.
Marta uniosła brwi. - Bez filtra?
- Bez.
- Odważnie jak na pierwsze pięć minut znajomości.
- To znajomość?
- Jeszcze nie.
- Ulżyło mi.
Znowu się uśmiechnął. Nie próbował być zabawny; Marta to zauważyła.
Wyjęła telefon. Na ekranie miała trzy wiadomości od Doroty.
„Jak miasto?”
„Kupiłaś te pierniki?”
„I czy byli jacyś przystojni faceci na szkoleniu? :)”
Marta przewróciła oczami. Odpisała tylko: „Pada.”
- Zła wiadomość? - zapytał mężczyzna.
- Koleżanka.
- To nie odpowiada na pytanie.
- U niej jedno często oznacza drugie.
Schowała telefon. - A pan tu mieszka?
- Czasem.
- Jak można czasem mieszkać?
- Mam mieszkanie, ale pracuję w kilku miejscach. Dużo jeżdżę.
- To brzmi jak odpowiedź człowieka, który nie chce powiedzieć, gdzie mieszka.
- A pani pyta jak policjant.
- Lubię wiedzieć.
- Ja też.
- Co?
- Że lubisz wiedzieć.
Marta spojrzała na niego uważniej. Miał dłonie człowieka, który kiedyś dużo pracował fizycznie albo przynajmniej bywał tam, gdzie pracowali inni. Grube palce, drobna blizna przy kciuku. Zegarek prosty, stalowy. Obrączki nie było.
Złapała się na tym, że sprawdziła. To ją zirytowało.
- A pan ma zawsze gotowe takie teksty? - zapytała.
- Jakie?
- O ciekawości, życiu, starych wieżach.
- Nie. Zwykle gadam o pęknięciach betonu.
- To jeszcze gorzej.
- Mogę zacząć.
- Proszę nie.
Deszcz nie słabł. Kelnerka przyniosła mu drugie espresso bez pytania.
- Jak zwykle - powiedziała.
- Dziękuję.
Marta poczekała, aż kobieta zejdzie. - Czyli jednak pan tu bywa.
- Przyłapany.
- I kłamał pan.
- Powiedziałem, że czasem tu mieszkam.
- To nie to samo, co czasem piję kawę.
- Ma pani dwadzieścia kilka lat i już tak ścisłe definicje?
Marta odłożyła filiżankę. - Dwadzieścia sześć.
- Przepraszam.
- Za co?
- Za „kilka”.
- Ile pan ma?
Nie spodziewał się pytania. To było widać.
- Czterdzieści dziewięć.
Marta policzyła szybko.
- Sporo.
- Umie pani odejmować.
- Mógłby pan być moim ojcem.
- Technicznie tak.
- I nie przeszkadza panu, że to powiedziałam?
- Dlaczego miałoby przeszkadzać? Matematyka nie jest obrazą.
Marta popatrzyła przez okno. Ulica zrobiła się prawie pusta. Poczuła, że rozmowa weszła na teren, na który wcale nie musiała wchodzić. Mogła skończyć kawę i wyjść. Za czterdzieści minut miała pociąg.
Zamiast tego zapytała:
- Ma pan dzieci?
- Mam córkę.
- Ile ma lat?
- Trzydzieści jeden.
Marta skrzywiła się. - Świetnie.
- Co?
- Jest starsza ode mnie.
- O ile dokładnie, nie pytała pani.
- Wystarczająco, żeby to zauważyć.
- W takim razie dużo starsza.
Roześmiała się mimo siebie. - Pan się z tego nabija.
- Trochę.
- A żona?
Pytanie wyszło za szybko.
Mężczyzna obracał filiżankę.
- Była.
Marta zrozumiała, że dalej pytać nie należy. Tym razem ciekawość ustąpiła.
- Przepraszam.
- Nie ma za co.
- Rozwód?
- Nie.
Aleksander otworzył usta, jakby chciał coś dodać, ale tylko pokręcił głową.
Nie zapytała drugi raz.
- Dobra. Już nic nie pytam.
Aleksander wyjął z kieszeni starą metalową zapalniczkę. Otworzył ją kciukiem.
Pstryk.
Zamknął. - Palisz? - zapytała Marta.
- Od lat nie.
- To po co ci zapalniczka?
Obrócił ją między palcami.
- Została.
Nie powiedział po kim ani dlaczego.
- Nie wierzę.
- Słusznie.
Zadzwonił jej telefon. Dorota. Marta odrzuciła połączenie.
- Nie odbiera pani?
- Nie.
- Czemu?
- Bo wiem, co powie.
- To oszczędność czasu.
- Raczej energii.
Mężczyzna spojrzał na ekran swojego telefonu. Niczego nie sprawdzał długo. Tylko godzinę.
- Pociąg? - zapytał.
Marta spojrzała na zegarek. - Cholera.
Zaczęła pakować telefon i ładowarkę do plecaka.
- Zdąży pani.
- Skąd pan wie?
- Dworzec jest dwanaście minut stąd taksówką. O tej porze może piętnaście.
- Autobus.
- Dwadzieścia parę.
- To zdążę.
- Jeżeli przestanie pani ze mną rozmawiać.
Wstała. Dopiero teraz poczuła, jak bardzo podłoga ciągnie w bok. Krzesło odsunęło się samo o kilka centymetrów i stuknęło o deskę.
- To jest chore.
- Po chwili człowiek się przyzwyczaja.
Marta zarzuciła plecak.
- Do krzywego?
- Po paru minutach mniej to czuć.
Przez sekundę patrzyli na siebie.
Marta przesunęła stopę po deskach, jakby chciała sprawdzić, czy rzeczywiście mniej czuje przechył.
- Jak ma pan na imię? - zapytała.
- Aleksander.
- Marta.
- Miło było panią przesłuchiwać, Marto.
- To ja przesłuchiwałam.
- Mamy różne wersje.
Zeszła po schodach. Na trzecim stopniu ominęła wystający kant.
Kobieta za ladą spojrzała na nią.
- Już pani omija stopień.
Marta wsunęła kurtkę.
- Zapamiętałam.
Kobieta uśmiechnęła się i wróciła do ekspresu.
Na zewnątrz deszcz zelżał. Została cienka mżawka. Marta ruszyła szybkim krokiem w stronę postoju taksówek. Po kilkudziesięciu metrach telefon zawibrował. Dorota.
„Żyjesz?”
Marta odpisała:
„Poznałam faceta.”
Trzy kropki pojawiły się natychmiast.
„ILE MA LAT?”
Marta zatrzymała się pod kamienicą. Skąd ona, do cholery, wiedziała, o co zapytać?
„49.”
Telefon zadzwonił po sekundzie. Marta odebrała.
- Nie zaczynaj.
- Czterdzieści dziewięć?! - wrzasnęła Dorota. - Marta, twój ojciec ile ma?
- Nie wiem, co to ma do rzeczy.
- Wszystko.
- Nic.
- Jest przystojny?
Marta obejrzała się. Z miejsca, w którym stała, nie widziała już wejścia do baszty. Tylko mokry mur i ludzi wychodzących spod parasoli.
- Jest... normalny.
- To źle?
- Nie wiem.
- Żonaty?
- Nie.
- Dzieci?
- Dorosła córka.
Po drugiej stronie zapadła cisza, pierwszy cud tego dnia.
- Marta.
- Co?
- Ty się zainteresowałaś facetem starszym od siebie o ćwierć wieku.
- Nie zainteresowałam się.
- Jasne. Dlatego znasz jego wiek, stan cywilny i dzieci.
Marta ruszyła dalej.
- Rozmawialiśmy.
- O czym?
- O wieży.
- O wieży.
- I o budownictwie.
- Jeszcze lepiej.
- Dorota, spadaj.
- Numer masz?
Marta zwolniła.
- Nie.
- To po temacie.
- No.
Powinna poczuć ulgę. Zamiast tego poczuła coś głupiego, małego, prawie śmiesznego. Żal, że rzeczywiście nie miała numeru.
- Pociąg ci ucieknie - powiedziała Dorota.
- Wiem.
- I kup pierniki.
Marta się rozłączyła. Na dworzec dotarła cztery minuty przed odjazdem. Wbiegła na peron z mokrym plecakiem, włosami nadal wilgotnymi od deszczu i kawą siedzącą ciężko w pustym żołądku. Drzwi wagonu zapiszczały za jej plecami.
Usiadła przy oknie. Pociąg ruszył.
Przez pierwsze dziesięć minut odpisywała na wiadomości służbowe. Potem sprawdziła prognozę na weekend. Potem zdjęcia ze szkolenia, które ktoś wrzucił na firmową grupę. Potem bez żadnego sensownego powodu otworzyła wyszukiwarkę.
Wpisała nazwę baszty i otworzyła zdjęcia, historię oraz godziny otwarcia.
Przewinęła. Zamknęła.
Otworzyła stronę jeszcze raz.
Nazwiska Aleksandra nawet nie znała.
Otworzyła stronę z historią baszty i wmówiła sobie, że ciekawi ją budynek.
Kilka godzin później, już w domu, nie mogła zasnąć.
Bezsenność przychodziła do niej seriami. Czasem po podróży, czasem bez powodu. Leżała z telefonem pod kołdrą, choć wiedziała, że ekran tylko pogorszy sprawę. Po pierwszej sprawdziła pocztę, później pogodę w górach. Przed drugą znowu otworzyła zdjęcia z wyjazdu.
Na jednym była Krzywa Wieża.
Zrobiła je przed deszczem. Ceglana ściana wyraźnie uciekała od pionu.
Powiększyła fotografię. W bocznym oknie pierwszego piętra stała niewyraźna sylwetka.
Mężczyzna. Mógł być każdy.
Marta patrzyła, aż w końcu zgasiła ekran i odłożyła telefon na podłogę.
Minęło może pół minuty.
Sięgnęła po niego znowu.
Otworzyła zdjęcie jeszcze raz.
Powiększyła okno na pierwszym piętrze.
Rozdział 3
Jeszcze jedna kawa
Przez następne trzy dni Marta nie zrobiła nic.
To ją drażniło bardziej, niż powinno.
W poniedziałek miała pracę, dwa spotkania i zaległy raport. We wtorek pojechała z koleżanką obejrzeć buty trekkingowe, bo stare zaczęły puszczać wodę. W środę wieczorem zrobiła pranie, ugotowała makaron i zasnęła przed jedenastą, co zdarzało jej się rzadko.
Aleksander nie miał z tym nic wspólnego.
Tak sobie powiedziała. W czwartek Dorota zadzwoniła, kiedy Marta siedziała na podłodze w salonie i składała pranie.
- I co z tym Aleksandrem? - zapytała Dorota.
Marta odłożyła koszulkę. - Nic. Temat zamknięty.
- Jasne. Dlatego oburzyłaś się, kiedy nazwałam go starym.
- Bo ma czterdzieści dziewięć lat, a nie osiemdziesiąt.
Dorota roześmiała się po drugiej stronie.
- Dobrze, już nie liczę. Numeru nadal nie masz?
- Nie. Nazwiska też nie.
- To rzeczywiście bardzo poważna relacja.
Marta rzuciła zwiniętą skarpetkę do kosza. Nie trafiła.
- Zajmij się swoim chłopem.
- Mój siedzi obok i ogląda mecz. Dlatego mam czas ratować twoje życie uczuciowe.
W tle odezwał się męski głos:
- Powiedz Marcie, że nie oglądam meczu, tylko skróty.
- Słyszałaś? - powiedziała Dorota. - Skróty meczu w czwartek. Tak wygląda dojrzała miłość.
Marta się roześmiała. - A ty naprawdę chciałabyś jeszcze spotkać Aleksandra?
Marta wzięła następną koszulkę i zawahała się przed złożeniem.
- Może.
- Nie wiem.
- Chciałabyś.
- Może.
To „może” zostało w pokoju jeszcze chwilę po zakończeniu rozmowy.
Marta zebrała pranie i zaniosła do sypialni. Miała małe mieszkanie wynajmowane od kobiety, która od pięciu lat pracowała w Norwegii i ciągle powtarzała, że kiedyś wróci. Jedna sypialnia, salon z aneksem, balkon na podwórko. W łazience wentylator wył jak odkurzacz, a sąsiad z góry chodził po mieszkaniu w butach od szóstej rano. Marta lubiła to miejsce, bo było jej. Nawet jeśli tylko za czynsz.
Położyła ubrania na półce.
Telefon został w salonie.
Nie wróciła po niego.
Wytrzymała pięć minut. Usiadła na łóżku i wpisała w wyszukiwarkę: „Aleksander konstrukcje Toruń”.
Wyników było za dużo.
Dodała nazwę kawiarni. Nic.
„Aleksander inżynier Toruń 49”.
- No pięknie - powiedziała do siebie.
Skasowała historię wyszukiwania. Po chwili pomyślała, że kasowanie historii było jeszcze głupsze niż samo szukanie.
W piątek rano przyszła wiadomość służbowa. Firma organizowała za dwa tygodnie spotkanie z klientem w Toruniu. Marta przeczytała mail dwa razy.
Mogła odmówić. Spotkanie mógł poprowadzić Bartek z handlowego. Właściwie powinien. Klient był jego.
Napisała do przełożonej:
„Mogę pojechać z Bartkiem. Przy okazji omówimy wdrożenie.”
Odpowiedź przyszła po minucie.
„Super. Dogadajcie transport.”
Marta zamknęła pocztę. Nie czuła wyrzutów sumienia. Nie miała komu ich mieć.
Dwa tygodnie później spotkanie skończyło się około wpół do trzeciej.
Bartek chciał wracać od razu.
- Jedziesz?
Marta stała przed biurowcem z torbą przewieszoną przez ramię.
- Mam pociąg wieczorem.
- Przecież przyjechaliśmy autem.
- Wiem.
- To czemu pociąg?
- Bo zostaję.
Bartek popatrzył na nią. - Aha.
- Nie zaczynaj z tym „aha”.
- Randka?
Marta poprawiła pasek torby.
- Nie.
- To po co zostajesz?
- Chcę pochodzić.
Bartek spojrzał na niebo. Było zimno, ale słonecznie.
- Sama?
- Bartek.
- Dobra, dobra. Nie pytałem.
- Pytałeś.
- Już nie pytam.
Pojechał. Marta została na chodniku.
Miała przed sobą pięć godzin.
Ruszyła w stronę starego miasta.
Szła wolno. Kupiła wodę. Weszła do księgarni, chociaż niczego nie potrzebowała. Przejrzała przewodniki po górach, potem album ze starymi mapami. Kiedy wyszła, była piętnasta dwadzieścia.
Do baszty dotarła dziesięć minut później.
Stanęła po drugiej stronie ulicy.
To było głupie. Naprawdę głupie.
Ale nie bardziej niż większość rzeczy, które ludzie robili, kiedy chcieli kogoś zobaczyć i udawali przed sobą, że chodzi o coś innego.
Weszła. Za ladą była ta sama kobieta.
Spojrzała na Martę, potem na drzwi za jej plecami.
- Dzisiaj nie pada.
- Widzę.
- To co panią przywiało?
- Kawa.
Kobieta uśmiechnęła się jednym kącikiem ust.
- Czarna?
- Duża.
- Góra?
Marta zawahała się o sekundę za długo.
- Góra.
Wzięła filiżankę. Na trzecim stopniu podniosła nogę wyżej.
Na piętrze siedziało kilka osób. Dwie studentki przy oknie, para pod ścianą i starsza kobieta z książką.
Aleksandra nie było. Marta usiadła przy stoliku, przy którym siedziała poprzednio.
Poczuła ulgę. Zaraz potem rozczarowanie.
To ją wkurzyło. Wyjęła telefon i otworzyła pocztę. Odpisała na dwie wiadomości. Przeczytała artykuł, którego nie zapamiętała. Weszła na Instagram. Dorota wrzuciła zdjęcie z siłowni sprzed lustra i podpisała: „piątek dla siebie”.
Marta napisała:
„Jestem w Toruniu.”
Odpowiedź przyszła natychmiast.
„W TEJ KAWIARNI?”
Marta zablokowała ekran. Po pięciu minutach usłyszała na schodach czyjeś kroki.
Nie podniosła głowy. Kroki były cięższe niż poprzednio. Ktoś zahaczył o trzeci stopień.
- Cholera.
Marta uśmiechnęła się do filiżanki. Aleksander wszedł na piętro.
Miał granatowy płaszcz, szalik i skórzaną torbę na ramię. Zobaczył ją od razu. Zatrzymał się.
Nie wyglądał na człowieka, który spodziewał się jej zobaczyć.
Marta sama nie wiedziała dlaczego, ale miało to znaczenie.
- Jednak sprawdza pan ten stopień - powiedziała.
Aleksander obejrzał się przez ramię. - Nadal jest. I nadal działa.
- Mówiłam.
Podszedł do jej stolika.
- Dzień dobry, Marto.
Zapamiętał imię. Poczuła przyjemne ciepło gdzieś pod żebrami i od razu się za to na siebie zezłościła.
- Dzień dobry.
- Mogę?
Wskazał krzesło.
- To wolny kraj.
- Mocne zaproszenie.
- Innego nie będzie.
Usiadł. Kobieta z dołu podeszła do stolika.
- Jak zwykle?
- Tak.
Spojrzała na Martę. Marta spuściła wzrok na kawę.
- Co tak patrzysz? - zapytała, kiedy kelnerka odeszła.
- Nic. Jeszcze.
- To „jeszcze” brzmi podejrzanie.
Przeszli na „ty” bez ustalania. Marta zauważyła to dopiero po chwili.
- Byłaś znowu na szkoleniu? - zapytał.
- Spotkanie z klientem.
- I przypadkiem miałaś pięć godzin do pociągu?
- Cztery i pół.
- Strzelałem.
- Przyjechałam autem.
Aleksander uniósł brwi. - A auto?
- Pojechało.
- Zostałam, bo chciałam pochodzić po mieście.
- Wierzę ci prawie całkowicie.
Marta poczuła, że się czerwieni. To zdarzało jej się łatwo i nienawidziła tego, bo blada skóra zdradzała wszystko.
- A ty? - zapytała. - Zawsze przychodzisz tu w piątek o piętnastej?
- Nie.
- Czyli też przypadek.
- Ja mieszkam siedem minut stąd.
- Aha.
Aleksander się roześmiał. - Teraz ty.
- Co?
- „Aha”.
Przyniesiono mu espresso. Marta patrzyła, jak wsypuje pół łyżeczki cukru.
- Myślałam, że tacy jak ty piją bez.
- Jacy?
- Inżynierowie konstruktorzy. Espresso, bez cukru, poważna mina.
- A młode blondynki piją latte z syropem.
- Nienawidzę syropów.
- No widzisz. Stereotypy upadły.
- Jeszcze jeden i wychodzę.
- Nie znam więcej.
- Dobrze.
Siedzieli spokojnie.
Marta lubiła ciszę, kiedy sama ją wybierała. Cisza narzucona przez kogoś innego szybko zaczynała ją uwierać. Przy Aleksandrze było inaczej. Nie czuła obowiązku wypełniania każdej przerwy.
To też ją drażniło.
- Masz naprawdę córkę starszą ode mnie? - zapytała.
- Naprawdę.
- I co ona by powiedziała?
Aleksander odstawił filiżankę.
- O czym?
- Gdyby zobaczyła nas teraz.
- Że piję kawę.
- Nie udawaj.
- Marta, spotkaliśmy się drugi raz w życiu.
- Wiem.
- Więc nie będę organizował rodzinnego referendum.
- Czyli nie przeszkadza ci różnica wieku.
- Przeszkadza.
Odpowiedź była tak szybka, że przestała się uśmiechać.
- Aha.
- Znowu.
- Myślałam, że powiesz coś innego.
- Co?
- Że wiek to tylko liczba.
Aleksander skrzywił się. - To jest zdanie ludzi, którzy nie umieją liczyć.
Marta parsknęła śmiechem, ale on się nie roześmiał.
- Masz dwadzieścia sześć lat - powiedział. - Ja czterdzieści dziewięć. Za kilka lat możesz chcieć rzeczy, o których dzisiaj nawet nie myślisz. Ja raczej nie odkryję nagle, że chcę zaczynać życie od początku.
- Skąd wiesz?
- Bo już raz zaczynałem.
- Po tamtym?
- Między innymi.
Marta oparła łokcie o stół.
- A jeśli ja nie chcę ślubu, dzieci i kredytu na trzydzieści lat?
- To nie chcesz.
- Tyle?
- A co mam zrobić? Przekonać cię, że chcesz?
- Większość ludzi próbuje.
- Większość ludzi ma za dużo czasu.
- Ja nie lubię, jak ktoś mnie ogranicza.
- To też już wiem.
- Skąd?
- Powiedziałaś to bez słów jakieś osiem razy.
Aleksander wypił kawę.
- Dobrze. To bez mądrości. Jest między nami duża różnica wieku. Jeżeli pytasz, czy ją widzę, to widzę.
Marta obracała łyżeczkę.
- A jeżeli pytam, czy ci się podobam?
Nie odpowiedział od razu.
Marta poczuła własny puls w szyi. Była zła na siebie, że zapytała, i jednocześnie nie cofnęłaby pytania.
- Podobasz - powiedział.
Prosto. Bez uśmiechu.
Marta przestała obracać łyżeczkę.
- Dobrze.
- I tyle?
- A czego się spodziewałeś?
- Nie wiem. To ty zaczęłaś.
- Chciałam po prostu wiedzieć.
- No to już wiesz.
Marta uniosła brwi. Aleksander przyjrzał jej się i uśmiechnął.
- Co?
- Nic. Jak tak robisz, masz dwie mewy nad oczami.
- Jakie mewy?
- Brwi. Lecą w dwie strony.
Marta dotknęła jednej palcem.
- To najgłupszy komplement, jaki dziś dostałam.
- Dzisiaj?
- Nie psuj sobie wyniku.
Odwróciła wzrok do okna. Na dole szli ludzie z zakupami. Chłopak prowadził rower, dziewczyna obok jadła coś z papierowej torebki. Normalny piątek. Nic się nie wydarzyło.
A jednak coś się zmieniło.
Marta sięgnęła po filiżankę. Była pusta.
- Chcesz jeszcze jedną? - zapytał Aleksander.
- Kawę?
- Nie, wieżę.
- Głupi jesteś.
- Trochę.
- Chcę.
Zeszli na dół razem.
Na trzecim stopniu Aleksander zwolnił.
- Uważaj.
- Teraz pamiętasz?
- Przy tobie zaczynam.
Kobieta za ladą spojrzała na nich.
- Dwie?
- Dwie - powiedziała Marta.
Na dole było ciaśniej. Marta zdjęła kurtkę, Aleksander odwiesił płaszcz.
Rozmawiali prawie dwie godziny.
O niczym, co można było potem streścić jako ważne.
Marta opowiadała o wyjazdach. O tym, że potrafi przejechać trzysta kilometrów, żeby wejść na szlak, a potem przez pół dnia nie odezwać się do nikogo. O jeziorach, nad którymi najbardziej lubi być poza sezonem. O tym, że słońce ją męczy i że latem wybiera las, cień, północ.
Aleksander opowiedział o budowach. O moście, który kiedyś odbierali w listopadzie, kiedy deszcz zamarzał na stalowych elementach. O hotelach, w których przez lata budził się i przez kilka sekund nie wiedział, w jakim jest mieście. O córce, która mieszkała za granicą i dzwoniła wtedy, kiedy u niego była noc.
- Czyli też nie śpisz? - zapytała Marta.
- Śpię. Tylko czasem ktoś mi przeszkadza.
- Ja czasem w ogóle nie mogę.
- Od dawna?
Wzruszyła ramionami. - Od liceum chyba. Przychodzi seriami. Dwie noce normalnie, potem jedna do czwartej. Czasem tydzień jest dobrze.
- Byłaś z tym u lekarza?
Marta od razu zesztywniała.
- Nie zaczynaj.
Aleksander cofnął się lekko.
- Dobrze.
- Nienawidzę, jak ktoś od razu chce mnie naprawiać.
- Zapytałem.
- Wiem.
- To już nie pytam.
I rzeczywiście nie pytał.
Marta patrzyła na niego chwilę. - Byłam.
Telefon Marty zawibrował. Dorota.
„NO I????”
Marta położyła ekranem do dołu. Aleksander zauważył.
- Kontrola?
- Koleżanka.
- Ta zła wiadomość?
- Ta sama.
Kiedy wyszli z kawiarni, było już ciemno.
Marta miała niecałą godzinę do pociągu.
- Odprowadzę cię - powiedział Aleksander.
- Nie trzeba.
- Wiem.
To „wiem” zadziałało lepiej niż naleganie.
Poszli. Stare miasto było wilgotne po porannym deszczu. W bramach pachniało jedzeniem, gdzieś ktoś palił papierosa. Marta szła obok Aleksandra i co jakiś czas przyspieszała o pół kroku, potem zwalniała. On nie próbował jej dotykać.
Przy przejściu dla pieszych samochód skręcił za szybko. Aleksander złapał ją za łokieć.
Tylko tyle. Dłoń puściła ją od razu, kiedy stanęła z powrotem na chodniku.
Marta poczuła dotyk jeszcze kilka sekund później.
- Dzięki.
- Proszę.
Na dworcu zostało im około dziesięciu minut.
Stanęli przy tablicy odjazdów. Pospieszny Toruń – Wrocław wyświetlał się punktualnie.
- No dobra - powiedziała Marta.
- No dobra.
- To było dziwne.
- Co?
- Że się spotkaliśmy.
- Ludzie czasem spotykają się dwa razy.
- Przypadkiem?
Aleksander popatrzył na nią. - Za pierwszym razem.
Marta poczuła, że policzki znowu robią jej się gorące.
- Czyli wiedziałeś.
- Co?
- Że nie przyszłam tam tylko na kawę.
- Nie wiedziałem.
- Ale?
- Miałem nadzieję.
Przez głośniki zapowiedziano jej pociąg.
Marta poprawiła torbę. Aleksander wyjął telefon.
- Jeżeli teraz nie wezmę numeru, to chyba będziemy musieli liczyć na trzeci deszcz.
- Albo na spotkanie z klientem.
- To mniej romantyczne.
- Mówiłeś, że nie masz tekstów.
- Ten był słaby.
- Bardzo.
Podała mu numer. Zadzwonił od razu.
Telefon Marty zawibrował w dłoni.
Na ekranie pojawił się obcy numer.
- Teraz masz - powiedział.
- Co mam?
- Możliwość zablokowania mnie.
- Praktyczne.
- Jestem inżynierem.
Marta zapisała kontakt jako „Aleksander”, bez nazwiska.
- Nazwisko? - zapytała.
Podał. Wpisała.
- Teraz możesz mnie znaleźć w internecie - powiedział.
- Już próbowałam.
Słowa wyszły, zanim zdążyła je zatrzymać.
Marta zakryła twarz dłonią.
- Jezu.
Roześmiał się. - Co wpisałaś?
- Nie powiem.
- „Aleksander Toruń stary inżynier”?
- Spadaj.
- „Aleksander czterdzieści dziewięć inżynier Toruń”?
Marta zaczęła się śmiać.
- Prawie.
- Marta.
- Muszę iść.
- Oczywiście.
Podeszła dwa kroki, potem odwróciła się.
- Aleksander?
- Tak?
- Napisz.
- Napiszę.
- Ale nie teraz.
- Co?
- Bo będę wiedziała, że stoisz i patrzysz, czy odczytałam.
- Dobrze.
- Za pół godziny.
- To bardzo konkretne.
- Lubię granice.
Aleksander skinął głową. - Pół godziny.
Marta weszła na peron. Kiedy pociąg ruszył, przez pierwsze pięć minut patrzyła przez okno. Potem otworzyła rozmowę z Dorotą.
Napisała:
„Mam numer.”
Dorota odpisała trzema wiadomościami naraz.
Marta ich nie otworzyła.
Po dwudziestu kilku minutach telefon zawibrował.
Aleksander:
„Miała być pół godziny, ale pociąg może mieć opóźnienie.”
Odpisała:
„Nie ma.”
Patrzyła na ekran.
Potem dopisała:
„A wieża nadal stoi.”
Odpowiedź przyszła.
„Sprawdzę jutro.”
Marta schowała telefon. Za oknem było już całkiem ciemno. W szybie widziała własną twarz, jasne włosy i wnętrze wagonu odbite na czarnym tle.
Tego wieczoru zasnęła szybko.
Obudziła się około wpół do trzeciej.
Pierwsze, co zrobiła, to sprawdziła telefon.
Nie było nowej wiadomości.
Poczuła zawód i dopiero wtedy zrozumiała, że leży w środku nocy i czeka na wiadomość od człowieka, którego widziała dwa razy.
Odłożyła telefon. Minutę później wzięła go znowu.
Napisała:
„Śpisz?”
Usunęła.
Napisała jeszcze raz:
„Sprawdziłeś wieżę?”
Usunęła. Zablokowała ekran i wsunęła telefon pod poduszkę.
Chwilę po trzeciej wyjęła go ponownie.
Tym razem niczego nie napisała.
Rozdział 4
Paweł
Z Pawłem wszystko zaczęło się jeszcze przed Anglią.
Marta rzadko wracała do tego okresu. Kiedy ktoś pytał, mówiła, że po maturze pojechała zarobić. To była prawda. Tylko krótka.
Miała osiemnaście lat i po raz pierwszy w życiu mogła zamknąć za sobą drzwi, za którymi nikt nie pytał, o której wróci, dokąd idzie i dlaczego nie śpi.
Pojechała z Pawłem. Byli razem od kilku miesięcy. Plan był prosty: kilka miesięcy pracy, pieniądze, powrót.
Na miejscu plan rozpadł się szybko.
Pokój wynajmowali na piętrze starego domu. Niewielki, z jednym łóżkiem dosuniętym do ściany, szafą niedomykającą się od wilgoci i oknem wychodzącym na rząd identycznych dachów. Kuchnię i łazienkę dzielili z innymi lokatorami.
Ale pokój był ich.
I właśnie tam Marta zaczęła odkrywać coś, czego wcześniej w sobie nie znała.
Któregoś wieczoru wróciła spod prysznica w zbyt krótkiej koszulce do spania. Miała na niej wyblakły rysunek Myszki Miki. Stanęła przy lustrze i uniosła ręce, susząc włosy. Materiał podjechał wysoko, odsłaniając dolną część pośladków. Piersi miękko rysowały się pod cienką bawełną.
W lustrze zobaczyła Pawła.
Siedział na łóżku i patrzył. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej natychmiast pociągnęłaby koszulkę w dół.
Tym razem nie zrobiła tego.
Dokończyła suszenie włosów, odłożyła suszarkę i dopiero wtedy odwróciła się do niego.
- Patrzysz.
- Lubię patrzeć.
Podeszła bliżej.
- Tylko lubisz?
Paweł uśmiechnął się. - Zdecydowanie więcej niż tylko lubię.
Nachyliła się nad nim. Poczuł ciepło jej ciała i zapach balsamu, który wtarła po prysznicu. Pierś otarła się o niego przez cienki materiał koszulki.
Kiedyś cofnęłaby się i ofuknęła go dla zasady. Teraz pozwoliła, żeby objął ją w pasie i przyciągnął bliżej.
Marta wspięła się na palce i wychyliła za jego plecy.
- Poczekaj. Czekaj, głupi.
Zaśmiała się, kiedy pocałunkiem połaskotał ją przy boku, i wykręciła się z jego dłoni.
- Nakremowałam się po prysznicu. Zjesz mi cały balsam.
- Czuję go na języku.
- Masz.
Sięgnęła po aparat fotograficzny, który przywieźli z Polski. Pakowali go jeszcze z naiwnym przekonaniem, że po pracy będą zwiedzać cały Londyn. W rzeczywistości najlepiej poznali stacje metra, przystanki autobusowe i drogę do pracy. Poza tym mieli przecież telefony. Aparat prawie cały czas leżał w torbie. Podała go Pawłowi.
- Zobaczymy, czy potrafisz.
- Co mam fotografować?
Marta zrobiła minę, jakby pytanie było wyjątkowo głupie.
- Mnie.
Paweł zdjął zaślepkę i zmienił coś w ustawieniach.
Przy pierwszym zdjęciu Marta zmarszczyła nos i zrobiła śmieszną minę. Przy drugim rozpuściła włosy. Przy trzecim drobne palce złapały brzeg koszulki i zwinęły materiał w piąstce, odsłaniając trochę więcej uda.
Obserwowała Pawła znad aparatu.
Podobało jej się, że patrzył. Przesunęła koszulkę z jednego ramienia i oparła się o blat. Potem odwróciła się tyłem. Cienki materiał przesuwał się po jej skórze przy każdym ruchu i drażnił piersi. Czuła własne podniecenie i jednocześnie coś jeszcze — przyjemność z samego faktu, że może świadomie zdecydować, co mu pokaże.
Paweł zrobił kolejne zdjęcie.
Marta spojrzała przez ramię z dziewczęco niewinną miną, położyła dłoń na pośladku i klepnęła go dwa razy, ledwie zauważalnie, jakby mówiła: no chodź już. Paweł opuścił aparat.
- Jeszcze robię zdjęcia.
- To rób szybciej.
Roześmiała się. Dopiero się siebie uczyła. Wcześniej ciało było czymś, co należało zasłonić, poprawić koszulkę, pilnować spódnicy. Teraz odkrywała, że może sama zdecydować, kiedy chce być oglądana. I że bycie podziwianą sprawia jej przyjemność.
Przypomniała sobie ich pierwszy raz, jeszcze przed wyjazdem do Anglii.
Potajemne spotkanie u Pawła, czekanie, aż nikogo nie będzie w domu. Gorące, śpieszące się dłonie i pierwszy pocałunek tak niezdarny, że zderzyli się zębami i oboje zaczęli się śmiać. Paweł długo męczył się z zabezpieczeniem, coraz bardziej zdenerwowany własną nieporadnością.
Pierwszy raz nie był spektakularny.
Gdyby nie ogromna ciekawość Marty i głupie zdanie zasłyszane od koleżanek — „No jak to, jeszcze tego nie robiłaś?” — być może poczekaliby dłużej.
Ale stało się. Później długo leżeli przytuleni, rozedrgani, trochę niepewni i chyba szczęśliwi.
Teraz było inaczej. Dla niej i dla niego.
Marta zamknęła oczy, czując pocałunek Pawła na szyi.
Uwielbiała, kiedy się nie spieszył.
Praca w Anglii była przede wszystkim tłem. Paweł znał angielski słabiej, brał magazyny, rozładunki i wszystko, co udało się znaleźć. Marta dzięki językowi trafiła do hurtowni części samochodowych. W jednym miejscu pracowali Polacy, Litwini, Hindusi, Pakistańczycy i Portugalczycy. Każdy mówił trochę inaczej, jadł coś innego, opowiadał o miejscu, którego Marta nie znała.
W hurtowni pracował Arjun.
Najpierw zwróciła uwagę na jego głos. Potem na ciemne oczy i sposób, w jaki patrzył, kiedy z nią rozmawiał. Był od Pawła inny niemal we wszystkim. Inaczej pachniał, inaczej się poruszał, inaczej traktował bliskość. Marta słuchała go, kiedy mówił o Indiach, pytała o jedzenie, rodzinę, miasta, których nazw wcześniej nawet nie znała.
Fascynowała ją także jego obcość.
Paweł był domem. Arjun był czymś, czego jeszcze nie znała.
Po kilku miesiącach Paweł miał dość Anglii.
Pracował coraz więcej, zarabiał mniej, niż zakładał, marudził i coraz częściej mówił o powrocie.
Marta przeciwnie. Im dłużej tam była, tym bardziej miała wrażenie, że po raz pierwszy nikt nie zna jej od dziecka. Nikt nie zna matki. Nikt nie pamięta szkoły, sąsiadów ani tego, z kim chodziła wcześniej.
Mogła opowiadać siebie od początku.
Któregoś wieczoru Paweł położył otwartą torbę na łóżku.
- Mamy tyle, ile mamy - powiedział. - Tu już nic nie wyciągnę.
Marta siedziała przy oknie.
- Ja mogę jeszcze zarobić.
- Ile?
- Nie wiem. Miesiąc. Dwa.
- Sama?
- Nie jestem dzieckiem.
Paweł westchnął. - Tego nie powiedziałem.
- Ale tak brzmisz.
- Pytam, czy chcesz zostać sama.
Marta odwróciła wzrok do okna. Na zewnątrz padało. Światło z kuchni odbijało się w szybie i nakładało na jej twarz.
- Chcę jeszcze zostać.
Paweł długo nic nie mówił.
- Ze względu na pracę?
Marta poczuła, jak coś napina się jej w karku.
- A ze względu na co?
- Nie wiem.
- To nie wymyślaj.
Paweł zapiął torbę.
- Dobra.
- Co „dobra”?
- Nic.
Marta prawie się roześmiała. To „nic” będzie później wracać w jej życiu wiele razy.
Wtedy tylko podeszła do niego.
Objęła go. Paweł przytrzymał ją mocno, jakby chciał zapamiętać ciężar jej ciała. Marta wtuliła twarz w jego szyję. Pachniał mydłem. Znajomo i bezpiecznie.
Przez moment naprawdę chciała powiedzieć, że poleci z nim.
Ale nie powiedziała. Wieczorem kochali się powoli, bez gniewu i bez rozmowy o tym, co będzie dalej. Marta zapamiętała ciepło jego dłoni na plecach i to, jak długo później leżeli obok siebie w ciemności.
Rano Paweł wstał pierwszy. Na lotnisko pojechał sam.
Marta została w pokoju.
Kiedy zamknęły się za nim drzwi, przez kilka sekund słuchała kroków na schodach.
Potem ciszy. Później mówiła, że chodziło o pieniądze.
Być może częściowo chodziło.
Arjun nadal pracował w hurtowni.
Zaczęło się od przerw w pracy, przypadkowego dotknięcia dłoni, rozmów po angielsku. Potem została po pracy dłużej, choć nie musiała. Innym razem poszła z ludźmi z hurtowni coś zjeść i napisała Pawłowi tylko tyle, ile było wygodne.
Aż zdarzyło się, że po pracy zostali we dwoje. Do tej pory nie zdecydowała, czy to był przypadek.
Poszli coś zjeść niedaleko przystanku. Marta powiedziała sobie, że to tylko kolacja po pracy.
Rozmawiali o Polsce, o jego rodzinie, o tym, że Paweł jest już w kraju. Arjun słuchał uważnie. Marta coraz częściej łapała się na tym, że obserwuje jego usta, dłonie, oczy.
Po wyjściu chodnik był mokry po deszczu. Do autobusu miała jeszcze trochę czasu.
Nie poszła na przystanek.
Ruszyli wzdłuż ulicy. Przy przejściu Arjun położył dłoń na jej plecach. Samochody stały, światło było zielone. Gest nie był potrzebny.
Jego ręka przesunęła się na talię.
- Arjun.
Zabrał ją.
- Przepraszam.
- Nie powiedziałam, żebyś przestał.
Zatrzymał się. Marta podeszła pół kroku bliżej.
- Pocałuj mnie - powiedziała po angielsku.
Pocałował ją. Najpierw krótko. Marta złapała go za kurtkę i pocałowała ponownie.
Tym razem nie chciała ostrożności.
Podobała jej się różnica. Inny zapach, mocniejsze przyciągnięcie, egzotyczność, pewność jego dłoni. Paweł zawsze zostawiał jej czas, jakby każde kolejne zbliżenie było pytaniem. Arjun już w pocałunku wydawał się bardziej zdecydowany.
Na autobus nie poszła.
Do jego mieszkania pojechali taksówką.
Przed drzwiami Marta zatrzymała się. - Jeśli wejdę, nie mów potem, że mnie namówiłeś.
- Nie będę.
- I nie pytaj mnie co trzy sekundy, czy jestem pewna.
- Zapytam raz.
- Teraz?
- Teraz.
- Jestem.
Weszła. Mieszkanie pachniało przyprawami, kawą i czymś obcym, czego nie umiała nazwać. Wieczorem prawie nie zwróciła uwagi na bałagan.
Arjun patrzył na nią inaczej niż Paweł.
Nie podziwiał jej z bezpiecznej odległości. Podszedł i wziął ją w ramiona z pewnością, która najpierw ją zaskoczyła, a po chwili zaczęła podniecać. Jego dłonie były mocniejsze. Nie zatrzymywały się po każdym ruchu, nie pytały o pozwolenie na następny.
Marta nie protestowała. Ta stanowczość była nowa. Dlatego działała.
Pamiętała później urywki: jego ciemne oczy, ciepło skóry, obcy zapach, słowa szeptane w języku, którego nie rozumiała. Pamiętała też własną ciekawość. Chciała wiedzieć, czym różni się ten mężczyzna od Pawła nie tylko w rozmowie.
Różnił się. I tej nocy podobało jej się to bardziej, niż chciała przed sobą przyznać.
Kiedy później leżała obok niego, nie próbowała budować wersji, w której została do czegokolwiek namówiona.
„Pocałuj mnie.”
To powiedziała ona.
Spała. Była niedziela. Obudził ją Arjun.
Marta zamruczała, nie otwierając oczu.
- Paweł, śpię.
Dłonie się nie zatrzymały. Po chwili poczuła, jak Arjun przyciąga ją bliżej. Jedna z dłoni wsunęła się pod koszulkę i podciągnęła materiał. Dopiero wtedy dotarł do niej zapach.
Inny niż Pawła. Arjun.
Otworzyła oczy. Za oknem był deszczowy poranek, szyby mokre od pary. Przez moment jeszcze nie do końca wiedziała, gdzie jest.
Arjun był rano inny niż poprzedniego wieczoru. Bardziej stanowczy, bardziej skupiony na własnym rytmie. Nie pytał. Nie zatrzymywał się, żeby sprawdzić, czy może zrobić następny ruch.
Paweł zawsze pytał. Czy może.
Czy jej wygodnie. Czy nie boli.
Nawet w najbardziej intymnych chwilach potrafił przerwać i upewnić się, czego chce.
Arjun nie zapytał ani razu.
Nie robił niczego wbrew niej. Marta mogła go zatrzymać — tak sobie to tłumaczyła. Tak naprawdę nie zdążyła powiedzieć ani „nie”, ani „tak”.
Tyle że on zachowywał się tak, jakby dopóki go nie zatrzyma, jej odpowiedź nie była mu potrzebna.
To było dla niej nowe.
I początkowo podniecające. Jego dotyk był mocniejszy, bardziej zachłanny, zostawiał na jej jasnej skórze czerwone ślady. Marta poddawała się tej pewności, zaskoczona tym, że może jej się podobać właśnie coś tak odmiennego od czułości Pawła.
Dopiero później pojawiło się niewygodne porównanie.
Arjun nie zapytał również o rzecz, o którą Paweł pytał zawsze na końcu, czy może zostać. Marta poczuła to wyraźnie dopiero po wszystkim.
Leżała bez ruchu.
Cholera, Paweł zawsze pytał. Ta myśl wróciła po raz drugi i poczuła się inaczej, dziwnie.
Wstała. Marzyła już tylko o prysznicu.
W świetle poranka pokój wyglądał inaczej niż wieczorem.
Ubrania leżały pod ścianą i na krześle. Na podłodze stały kubki. Na talerzu zostały resztki zaschniętego jedzenia. W kącie piętrzyło się pranie, a podłoga wyglądała, jakby nikt tu nie ściągał nigdy butów. Wieczorem widziała przede wszystkim Arjuna. Rano zobaczyła również miejsce, w którym żył.
Otworzyła lodówkę. Prawie pusta.
Mleko, jakiś sos, kilka puszek i coś zawiniętego w folię.
Dopiero wtedy przypomniała sobie, że łazienka jest na korytarzu.
Zabrała ubrania i ręcznik. Musiała wyjść z pokoju, minąć cudze drzwi i czekać, aż łazienka będzie wolna.
Pod prysznicem obejrzała czerwone ślady na jasnej skórze. Czuła też fizyczny dyskomfort po poranku.
Wieczorem wszystko wydawało się egzotyczne: ciemne oczy, obcy język, zapach przypraw, pewność jego dłoni.
Rano egzotyka miała również brudne kubki, pustą lodówkę, brudną podłogę, wspólną łazienkę i mężczyznę, którego właściwie prawie nie znała.
Nie żałowała. Ale pierwszy zachwyt stracił połysk.
Nie było czym się chwalić.
Kilka tygodni później wróciła do Polski.
Paweł czekał na nią na lotnisku we Wrocławiu.
Marta zobaczyła go za barierką i przez sekundę poczuła czystą ulgę.
Podbiegła. Objął ją mocno.
- Wreszcie.
Przycisnęła twarz do jego kurtki.
Pachniał znajomo. Domem.
To słowo przyszło samo i zabolało.
W samochodzie trzymał dłoń na jej kolanie. Marta położyła na niej swoją.
Chciała wierzyć, że można wrócić do punktu sprzed wyjazdu.
Przez kilka tygodni nawet jej się udawało.
O ostatnich tygodniach w Anglii mówiła niewiele. Kiedy Paweł pytał, opowiadała o pracy, pieniądzach i bilecie powrotnym. Ten czas kurczył się w jej opowieściach do kilku zdań.
Z czasem sama zaczęła odkładać go w miejsce, do którego nie zaglądała. Jakby miesiąc, który przeżyła bez Pawła, można było odłączyć od reszty ich wspólnej historii.
Nie zapomniała jednak czarnych oczu Arjuna ani jego zapachu. Tego nie potrafiła wymazać.
Kiedy Marta wróciła, Paweł od kilku tygodni pracował już w małej firmie turystycznej przy komputerach i systemie rezerwacyjnym. Niedługo później ona dostała tam pracę w innym dziale. Najpierw kilka godzin dziennie: telefony, rezerwacje, maile, przygotowanie materiałów dla grup.
Po niecałym miesiącu właścicielka firmy wpisała ją do zespołu obsługującego targi turystyczne.
- Pierwsze zadanie poza biurem - powiedziała. - Będziesz przy stoisku. Jak ktoś pyta, czego nie wiesz, nie wymyślaj. Wołaj mnie.
Marta dostała identyfikator, granatową koszulę z logo i plik materiałów, których poprzedniego wieczoru nauczyła się prawie na pamięć.
Przez pierwszy dzień stała głównie na nogach. Podawała katalogi, odpowiadała na te same pytania i kilka razy biegła po zszywacz, przedłużacz albo dodatkowe ulotki. Wieczorem bolały ją stopy bardziej niż po górskiej trasie.
Drugiego dnia było łatwiej. Zaczęła rozpoznawać ludzi z sąsiednich stoisk. Wiedziała, kto przychodzi tylko po gadżety, kto naprawdę szuka wyjazdu i kto po raz trzeci wraca do tej samej hostessy.
Po zamknięciu hali część zespołu zeszła do restauracji hotelowej. Marta usiadła na końcu stołu z colą i talerzem frytek.
Obok nich siedzieli przedstawiciele kilku firm, z którymi przez cały dzień wymieniali wizytówki.
Dziewczyna z działu sprzedaży, której imienia Marta ciągle nie pamiętała, rozmawiała ze starszym mężczyzną w jasnej marynarce. W ciągu dnia widziała go przy ich stoisku dwa razy. Teraz siedział obok niej znacznie bliżej.
Mówił coś cicho. Dziewczyna odchylała głowę i śmiała się. Kiedy wstali, mężczyzna położył jej dłoń na biodrze. Nie odsunęła się. Dłoń przeszła na kolano.
Marta patrzyła tylko chwilę. Oboje poszli w stronę wind.
Ktoś po drugiej stronie stołu parsknął śmiechem.
- No. Tej to jutro wszystko będzie bolało.
- Daj spokój - odpowiedziała jedna z kobiet, ale też się uśmiechnęła.
Rozmowa natychmiast przeszła na coś innego: liczbę odwiedzających, zepsuty ekspres i stoisko z darmową kawą.
Marta spojrzała jeszcze raz w stronę wind. Drzwi były już zamknięte.
Telefon zawibrował. Paweł: „Kiedy kończysz?”
Marta odpisała: „Niedługo.” Schowała telefon i wróciła do rozmowy o targach.
W jednym z biur wisiały fotografie z wyjazdów: góry, miasta, twarze ludzi, światło na wodzie.
Marta często zatrzymywała się przy nich dłużej.
Któregoś dnia koleżanka zauważyła.
- Podobają ci się?
- Zdjęcia? Tak.
- Robił je znajomy. Ma studio niedaleko.
- Ładne.
- Robi też ludzi.
- Jak każdy fotograf.
- Nie każdego dobrze.
Koleżanka spojrzała na Martę uważniej. - Ciebie by dobrze zrobił.
- Słucham?
- Zdjęcia. Nie rób tej miny.
Marta się roześmiała. - Nie potrzebuję zdjęć.
- On czasem szuka dziewczyn do portfolio. Portret, moda, coś bardziej artystycznego. Płaci albo daje odbitki.
- Bardziej artystycznego?
Koleżanka uśmiechnęła się. - Wiesz. Światło. Cień. Ramiona. Plecy. Czasem więcej.
Marta odwróciła wzrok do fotografii na ścianie.
Jeszcze kilka miesięcy wcześniej pewnie powiedziałaby „nie” od razu.
Teraz zapytała:
- Jak ma na imię?
Fotograf miał na imię Daniel.
Marta dostała numer dwa dni później. Przez następny tydzień nic z nim nie zrobiła. Kontakt leżał w telefonie pomiędzy dentystą a dostawcą internetu, jakby należał do spraw, które można załatwić kiedyś.
W piątek po pracy otworzyła wiadomość od koleżanki jeszcze raz.
„Napisz. Najwyżej odmówisz.”
Marta wpisała:
„Dzień dobry. Podobno szuka pan czasem osób do zdjęć.”
Przeczytała. Skasowała „Dzień dobry”. Napisała ponownie:
„Cześć. Mam numer od Anki. Mówiła, że czasem szukasz osób do portfolio.”
Odpowiedź przyszła po kilku minutach.
„Tak. Podeślesz zwykłe zdjęcie twarzy? Bez filtrów.”
Marta weszła do łazienki. Światło było fatalne. Zrobiła zdjęcie, usunęła. Drugie też. Przy trzecim przestała poprawiać włosy. Wysłała.
Daniel odpisał:
„Dobrze pracujesz ze światłem. Jeśli chcesz, zacznijmy od portretu.”
Nie napisał, że jest ładna.
Z jakiegoś powodu Marta zgodziła się przyjść.
Studio mieściło się na piętrze starej kamienicy. Za ciężkimi drzwiami było ciszej, niż się spodziewała. Biała ściana, ciemne tło, dwa reflektory, stojaki i stary, szeroki stół pod ścianą. Na pozostałych ścianach wisiały wielkie fotografie.
Daniel był po trzydziestce. Przywitał się krótko, pokazał jej, gdzie może zostawić rzeczy, i od razu ustawił przy oknie.
- Nic nie rób z włosami.
- Tak jak są?
- Tak jak są.
- To po co się układałam?
- Żeby mieć co zepsuć.
Marta parsknęła śmiechem. Zrobił jej kilka portretów. Najpierw twarz, potem profil, później kazał jej oprzeć się o ścianę i patrzeć poza aparat. Po kilku minutach przestała myśleć o rękach i o tym, jak stoi.
Kiedy Daniel zmieniał obiektyw, Marta podeszła do fotografii wiszących na ścianie. Dopiero z bliska zobaczyła, że większość była aktami. Kobiece sylwetki wyłaniały się z cienia, czasem było widać tylko plecy, biodro albo fragment twarzy. Nie wyglądały wulgarnie. Były piękne.
- Podobają ci się? - zapytał Daniel.
- Tak.
- Jeśli masz odwagę, możemy spróbować.
Marta odwróciła się do niego. - Teraz?
- Czemu nie? Za takie zdjęcia modelki zazwyczaj płacą. Ale na próbę możemy zrobić kilka. Jak ci się nie spodoba, kasujemy.
Spojrzała jeszcze raz na ścianę. - Dobrze.
Zaczęła w koszulce. Potem została w bieliźnie. Daniel poprawił światło i spojrzał na nią znad aparatu.
- Dobrze, że wszystko czarne.
Marta zerknęła na siebie.
- Przypadek.
- Tym lepiej.
Migawka odezwała się kilka razy. Daniel mówił niewiele: bokiem, broda wyżej, włosy na drugą stronę. Marta wykonywała polecenia coraz swobodniej.
W końcu zdjęła stanik, ale odruchowo zasłoniła piersi rękami. Daniel opuścił aparat.
- Masz ładne piersi. Nie musisz się ich wstydzić.
Poczuła falę ciepła na policzkach. - Łatwo ci mówić.
- Marta, ja tu widziałem naprawdę wiele piersi.
Powiedział to tak zwyczajnie, że się roześmiała. Napięcie puściło. Opuściła ręce.
Pierwsze kliknięcie aparatu zabrzmiało głośniej niż poprzednie.
Potem następne. Po chwili przestała pamiętać, kiedy dokładnie przestała się wstydzić. Zostało światło, polecenia Daniela i dziwne wrażenie, że patrząc w obiektyw, jest bardziej odważna niż kilka minut wcześniej.
W pewnym momencie migawka ucichła.
Daniel odłożył aparat. Marta spojrzała na niego pytająco. Podszedł. Poczuła na karku jego dłoń — stanowczą, silną, z palcami wsuniętymi przy włosach. Drugą objął jej twarz, jakby chciał sprawdzić jej reakcję. Nie cofnęła się.
Jego spojrzenie było inne niż przed chwilą. Już nie fotografa.
Dłoń przesunęła się powoli niżej. Marta wciągnęła powietrze, kiedy dotyk przestał mieć cokolwiek wspólnego z ustawianiem do zdjęcia. Szorstkie palce przesuwały się tuż nad skórą, ledwie ją muskając i zostawiając za sobą ciepło. Potem dotyk stał się wyraźniejszy. Dłoń powoli zeszła z szyi niżej, niespiesznie, zatrzymując się na chwilę na piersi, jakby chciał przedłużyć samo oczekiwanie.
- Daniel...
Zatrzymał się na sekundę. - Przecież jesteśmy dorośli.
Brzmiało to bardziej jak usprawiedliwienie niż pytanie.
Krew w jej żyłach wariowała. Był dokładnie na granicy tego, co jeszcze uważała za dopuszczalne, i tego, co zaczynało ją ciekawić.
Nie odeszła. Kiedy przyciągnął ją bliżej, jej oddech przyspieszył. Potem wszystko potoczyło się szybciej, niż przewidywała, przychodząc tu po kilka portretów. Mocniejsze naciśnięcie na ramię. Pewny, wręcz bezczelny dotyk, nieznoszący sprzeciwu. Jego dłonie zebrały jej włosy w kitkę. Potem nacisk — wyraźny, stanowczy — żeby uklękła. Kiedy oparła dłoń o jego uda, pamiętała tylko kolor paznokci, które zrobiła sobie rano na czerwono. Drugą ręką odsunęła włosy z twarzy.
Stary stół stał tuż obok. Pchnął ją, nie mocno, ale na tyle stanowczo, że leżące na nim jakieś fotografie spadły na podłogę. Marta poczuła pod dłońmi chłodne drewno, kiedy uchwyciła się brzegu. Stół przesunął się raz, potem drugi i trzeci, miarowo szorując nogami po podłodze.
Pomyślała jeszcze, z absurdalnym zdziwieniem, że Anka przysłała ją tutaj po zdjęcia.
Potem nie myślała już o niczym.
Odbitki odebrała po kilku dniach w dużej szarej kopercie.
Oglądała je wieczorem sama. Najdłużej zatrzymała się przy jednym z portretów i przy fotografii, na której stała bokiem w samych majtkach, z twarzą częściowo schowaną w cieniu oparta o stół. Żadnego ze zdjęć nie dało się jednak porównać z tym, co pamiętała ze studia po odłożeniu aparatu.
Kopertę wsunęła między książki.
Paweł znalazł ją kilka dni później.
- Co to za zdjęcia?
Marta odwróciła się. - Artystyczne.
Paweł wyjął pierwszą odbitkę. Potem następną. Przy trzeciej przestał przewracać.
- Kto to zrobił?
- Fotograf.
- Tyle widzę. Kto?
- Daniel. Znajomy Anki.
- Byłaś tam sama?
- Tak.
- I on cię tak fotografował?
Marta wyciągnęła rękę po kopertę.
- Paweł, to są zdjęcia artystyczne.
- Pytam, czy tylko robił zdjęcia.
Przez ułamek sekundy widziała stół, rozsypane fotografie i dłoń Daniela na swoim karku.
- Tak.
Paweł oddał jej kopertę, ale nie wyglądał na przekonanego, a już tym bardziej na zadowolonego.
Zdjęcia nie zakończyły ich związku. Przez kilka dni wracał do pytania, po co Marta chciała takich fotografii. Ona odpowiadała, że chciała sprawdzić, jak będzie wyglądać przed profesjonalnym obiektywem.
Nie powiedziała mu tylko, co wydarzyło się później.
O Arjunie również nie wiedział.
Marta miała więc już dwa wspomnienia, których Paweł nie znał, i coraz łatwiej przychodziło jej oddzielanie tego, co mówiła, od tego, co zostawiała wyłącznie dla siebie.
Po powrocie ich życie zaczęło układać się zwyczajnie. Marta miała dziewiętnaście lat i studiowała zaocznie. Paweł miał dwadzieścia trzy.
Pracowali w tej samej firmie turystycznej. Marta siedziała przy rezerwacjach i telefonach, czasem jeździła z grupami i na targi. Paweł zajmował się komputerami, siecią i systemem rezerwacyjnym — wszystkim, co przestawało działać pięć minut przed klientem.
Czasem jedli razem obiad w kuchni pracowniczej. Czasem wracali osobno, bo Marta miała zjazd albo spotkanie ze znajomymi.
Paweł miał matkę, która od dawna traktowała Martę jak kogoś, kto zostanie.
- Jedz - mówiła. - Ty jesteś za chuda.
- Mamo - protestował Paweł.
- Ciebie nie pytam.
Marta lubiła te niedzielne obiady.
Lubiła nawet kapcie, które matka Pawła kupiła specjalnie dla niej i trzymała pod szafką w przedpokoju.
Paweł był przewidywalny w sposób, który początkowo ją uspokajał. Odbierał telefon. Pamiętał, kiedy miała egzamin. Przynosił jej kanapki na zjazd. Kiedy zasypiała nad notatkami, zabierał kubek z brzegu łóżka, żeby go nie strąciła.
Marta potrafiła wtedy myśleć, że tak powinno wyglądać życie.
A jednocześnie miała coraz więcej ludzi dookoła.
Z pracy. Ze studiów.
Ze szkoleń. Kogoś przyprowadzała Dorota, kogoś koleżanka z roku. Niektórzy pojawiali się na dwa spotkania i znikali. Inni zostawali w telefonie na dłużej.
Marta lubiła ludzi, którzy wiedzieli coś, czego ona nie wiedziała.
Jedno z takich spotkań zaczęło się od wiadomości na grupie ze studiów.
„Piątek, 19.00, Kawiarnia w galerii? Kto żyje, ten przychodzi.”
Marta siedziała wtedy z Pawłem na kanapie. Miała nogi podciągnięte pod siebie i zakreślała coś w notatkach.
- W piątek idziemy gdzieś po zjeździe - powiedziała.
- My?
- Ludzie ze studiów.
Paweł spojrzał znad laptopa. - Mogę iść.
Marta uniosła głowę. - Po co?
- Mocny początek.
- Nie o to mi chodzi. Nikogo nie znasz.
- Poznam.
- Będziemy gadać o uczelni, wykładowcach i rzeczach, które cię kompletnie nie interesują.
- Mogę się poświęcić.
- Paweł, serio. Będziesz się nudził.
- Czyli mam nie iść.
- Nie powiedziałam tego.
- Powiedziałaś prawie wszystko oprócz tego.
Marta rzuciła w niego zakreślaczem.
- Nie marudź.
Paweł złapał go jedną ręką.
- Idź. Baw się dobrze.
I poszła sama. Nie planowała niczego ukrywać. Tamten wieczór należał do innej części jej życia.
Przy długim stole siedziało dziewięć osób. Cztery znała ze zjazdów, dwie kojarzyła z korytarza. Reszta była „czyjaś”.
Marta przyszła w czarnych spodniach, prostym swetrze i płaskich butach. Włosy związała gumką, bo padało.
Usiadła obok chłopaka, którego nie znała.
Miał na imię Łukasz. Pracował przy organizacji koncertów i przez pół wieczoru opowiadał o tym, czego publiczność nigdy nie widzi.
- Naprawdę przewozicie cały sprzęt przez pół Europy ciężarówkami?
- Czasem siedmioma naraz.
- I wszystko musi wejść w konkretnej kolejności?
- Jak źle zapakujesz pierwszą, na miejscu przeklinają cię trzy ekipy.
Marta odłożyła kubek. - Pokaż.
- Co?
- Jak to planujecie.
Łukasz wyjął telefon i przesunął krzesło bliżej.
Pokazywał zdjęcia sceny, skrzyń, kabli, pustej hali przed koncertem.
Marta dopytywała. Nie zauważyła, kiedy reszta rozmów przy stole odpłynęła gdzieś obok.
Dla niej to było proste: coś ją zainteresowało.
Kiedy wychodzili, Łukasz zapytał:
- Będziesz za dwa tygodnie? Podobno robią powtórkę.
- Pewnie.
- To dobrze.
Marta nie zastanowiła się nad tym „dobrze”.
Następnego dnia napisał. Najpierw wysłał zdjęcie pustej sceny.
„Wczoraj pytałaś. Tak to wygląda przed montażem.”
Marta odpisała:
„Ale bałagan.”
„Kontrolowany.”
Potem wymienili kilka wiadomości.
Wieczorem telefon leżał na stole między nią a Pawłem.
Telefon zawibrował. Na ekranie: Łukasz.
„Znalazłem lepsze zdjęcie.”
Otworzyła wiadomość. Paweł jadł kanapkę i oglądał coś na komputerze.
Marta odruchowo odłożyła telefon ekranem do dołu.
Dopiero po sekundzie zauważyła własną rękę.
Dlaczego? Przecież w wiadomości było zdjęcie sceny. Nic więcej.
- Kto? - zapytał Paweł.
- Chłopak z wczoraj. Ten od koncertów.
- I?
- Wysłał zdjęcie.
Paweł skinął głową. Marta odwróciła telefon ekranem do góry. Poczuła się głupio.
Łukasz nie był wyjątkiem.
Takich ludzi pojawiało się wokół niej wielu.
Nie wszyscy chcieli od niej czegoś więcej. Część naprawdę lubiła z nią rozmawiać. Część znikała po kilku tygodniach. Część wracała tylko wtedy, kiedy miała pytanie o wyjazd, język albo wspólnego znajomego.
Byli też tacy, którzy zaczynali od rozmowy, a potem przesuwali ją o centymetr dalej.
„Będziesz w piątek?”
„Dojechałaś?”
„Dzień dobry, śpiochu.”
„Dobranoc.”
Marta długo traktowała takie wiadomości jak przedłużenie rozmowy.
Nie odpowiadała wszystkim. Ale nie zawsze zatrzymywała tych, których powinna.
Podobało jej się, kiedy ktoś pamiętał, co powiedziała dwa dni wcześniej.
Podobało jej się, że ktoś przysyłał zdjęcie miejsca, o którym rozmawiali.
Nie nazywała tego flirtem.
Najczęściej naprawdę nim dla niej jeszcze nie było.
Problem zaczynał się chwilę później.
Kilka tygodni później Paweł zobaczył ją przypadkiem w mieście.
Siedziała przy stoliku przed niewielkim barem z kilkoma osobami ze studiów.
Łukasz też tam był. Marta mówiła coś do niego, pochylona przez stół, a reszta się śmiała.
Paweł był po drugiej stronie ulicy. Nie chciał wołać. Wyjął telefon i zadzwonił.
Zobaczył, jak Marta sięga do torebki.
Spojrzała na ekran. Na jego własnym telefonie nadal trwało połączenie.
Marta nacisnęła boczny przycisk. Dzwonek ucichł. Położyła telefon ekranem do dołu i wróciła do rozmowy.
Paweł nie przeszedł przez ulicę.
Wieczorem zapytał:
- Dzwoniłem do ciebie.
- Nie słyszałam. Było głośno.
Paweł patrzył na nią; tylko jego oddech stał się głębszy.
- Jasne.
Marta odwróciła wzrok.
Któregoś wieczoru po pracy siedzieli razem w pokoju. Paweł przysunął się do niej bliżej.
Marta siedziała na podłodze przy łóżku i przepisywała notatki. Telefon leżał obok zeszytu.
Zawibrował. Raz.
Po chwili drugi. Marta zerknęła i wsunęła go do kieszeni bluzy.
Paweł patrzył. - Czemu go schowałaś?
- Co?
- Telefon.
- Bo przeszkadza.
- Przed chwilą leżał.
Marta westchnęła. - Paweł.
- Pytam.
- I to mnie wkurza.
- Co?
- To, że od razu muszę się tłumaczyć z telefonu.
- Nie musisz.
- To po co pytasz?
Paweł oparł się o biurko.
- Bo widziałem, jak go schowałaś.
- Mam znajomych. Dużo znajomych. Ze studiów, z pracy, od ludzi. Nie będę za każdym razem robiła raportu, kto do mnie napisał.
- Nie proszę o raport.
- Brzmi jak początek raportu.
Paweł milczał chwilę. - Jestem zazdrosny. I wiem, że to może być głupie.
Marta zamknęła zeszyt. - Nie możesz mnie ograniczać.
- Nie chcę.
- To nie rób tego.
- Czasem mam wrażenie, że dla nich jesteś bardziej dostępna, niż myślisz.
Marta prychnęła.
- Rozmawiam z ludźmi.
- Wiem.
- Nie mów „wiem” takim tonem.
Telefon w jej kieszeni zawibrował trzeci raz.
Żadne nie spojrzało. - Wyjmij - powiedział Paweł.
- Nie.
- Nie chcę czytać. Po prostu wyjmij.
- Nie będziesz mi mówił, co mam robić z telefonem.
Paweł zacisnął szczękę. - Dobra.
To „dobra” zdenerwowało ją bardziej niż pytania.
- Nie kończ w ten sposób.
- W jaki?
- Wycofujesz się.
- Bo co mam zrobić?
- Powiedzieć, co myślisz.
- A ty bronisz wiadomości, której podobno nie ma po co bronić.
Marta wstała. - Bo nie chodzi o wiadomość.
- A o co?
- O to, że jeśli raz ci pokażę, to potem będę pokazywała zawsze.
Paweł pokiwał głową.
- Może.
- No właśnie.
- A może sama wiesz, że coś w tych rozmowach jest nie tak.
Marta zamarła. To zdanie trafiło za blisko.
- Pieprz się.
- Marta...
Podeszła do niego pierwsza.
Paweł chyba spodziewał się, że go minie.
Zamiast tego złapała go za koszulkę i pocałowała.
Przez sekundę stał nieruchomo.
Potem odpowiedział. Cała złość, która jeszcze przed chwilą siedziała jej w gardle, zmieniła się w potrzebę bliskości. Marta przyciągnęła go mocniej. Paweł objął ją, ale kiedy poczuł jej dłonie na karku, przestał się cofać.
- Nadal jestem zła - powiedziała między jednym pocałunkiem a drugim.
- Widzę.
- To dobrze.
Później w pokoju było cicho. Marta leżała z głową na jego ramieniu, przykryta do połowy kołdrą. Paweł przesuwał kciukiem po wnętrzu jej dłoni.
- Nadal jestem zazdrosny - powiedział.
- A ja nadal nie dam ci telefonu.
- Wiem.
Marta odwróciła głowę i pocałowała go w ramię.
Pierwsza zdrada, o której Paweł się dowiedział, przyszła później, podczas trzydniowego szkolenia w hotelu pod Poznaniem.
Marcin prowadził część zajęć. Był kilka lat starszy od Pawła, dużo podróżował i potrafił opowiadać o Islandii, Gruzji i zimowych nocach w namiocie tak, że Marta przestawała patrzeć na zegarek. Miał ciemne oczy i spokojny, niski głos. Nie był podobny do Arjuna, a jednak sposób, w jaki patrzył na Martę — uważnie, jakby na moment wyłączał resztę sali — przypomniał jej Anglię. Tamto pierwsze egzotyczne uczucie czegoś nowego, że czyjś wzrok może ją wyróżnić spośród wszystkich innych.
Pierwszego dnia siedzieli przy jednym stole podczas kolacji. Kiedy Marta mówiła, Marcin nie rozglądał się po sali i nie czekał tylko na swoją kolej. Patrzył na nią. To było drobne, ale działało. Drugiego dnia została z nim i kilkoma osobami dłużej w hotelowym barze.
Paweł napisał przed dwudziestą trzecią:
„Śpisz już?”
Marta zobaczyła wiadomość. Odpisała dopiero po chwili:
„Jeszcze siedzimy. Zadzwonię jutro.”
Marcin niczego nie przyspieszał, wszystko było naturalne. Nie mogła później powiedzieć, że ją namówił.
Kiedy reszta zaczęła się rozchodzić, wyszli razem na korytarz. Jej pokój był w jedną stronę, jego w drugą.
Marta zatrzymała się. - Dobranoc - powiedział Marcin.
- Dobranoc.
Zrobiła dwa kroki w stronę swojego pokoju.
Potem się odwróciła. Marcin nadal stał przy windzie.
Nie pamiętała później, kto pierwszy zrobił ostatni krok. Pamiętała za to, że kiedy ją pocałował, mogła się cofnąć.
I nie cofnęła się. To nie był przypadek ani chwila, która wydarzyła się szybciej od niej. Marta wiedziała, gdzie jest Paweł. Wiedziała, że rano będzie miała jego wiadomość. Wiedziała też, dokąd prowadzi korytarz, którym poszła za Marcinem.
Rano obudziła się za wcześnie.
Przez kilka sekund patrzyła w obcy sufit, zanim przypomniała sobie wszystko.
Marcin już nie spał. Siedział na brzegu łóżka i zapinał koszulę.
Marta znalazła swoją bluzkę na oparciu krzesła. Bolały ją kolana, łokcie, biodro i nie tylko biodro. - Cholera - powiedziała, gdy zobaczyła siniak na wewnętrznej stronie uda, obtarcie i zaczerwienienie na piersi.
Ubrała się szybko, unikając jego wzroku.
Dopiero kiedy sięgnęła po telefon, odezwała się:
- I co dalej?
Marcin spojrzał na nią. Te same ciemne oczy, przez które poprzedniego wieczoru miała wrażenie, że na całej sali widzi tylko ją.
- Nie ma dalej.
Marta znieruchomiała.
- Mam żonę i dzieci - powiedział. - Dla mnie to była przygoda.
Nie wiedziała, co odpowiedzieć.
Nie planowała z nim życia ani nie zamierzała zostawiać Pawła. A jednak poczuła wstyd, jakby dopiero teraz zobaczyła własną decyzję z drugiej strony.
Marcin wstał. - Myślałem, że oboje wiemy, czym to jest. Jesteśmy pełnoletni.
Marta wzięła torbę. W lustrze zobaczyła rozmazaną szminkę na ustach i zaczęła ją wycierać papierową chusteczką.
- Zejdziesz na śniadanie? - zapytał.
- Nie.
Powiedziała to zbyt szybko.
W swoim pokoju wzięła prysznic, ubrała się i długo patrzyła na telefon.
Paweł napisał:
„Dzień dobry. Jak szkolenie?”
Marta odpisała:
„Dobrze. Jestem zmęczona.”
Każde słowo było prawdziwe.
Znowu nie cała prawda.
Paweł zauważył siniak i zadał pytanie. Powiedziała mu dwa dni po powrocie.
Nie planowała wielkiego wyznania. Siedzieli przy stole, Paweł opowiadał coś o pracy, a Marta nagle przerwała:
- Muszę ci coś powiedzieć.
Po pierwszym zdaniu przestał się ruszać.
- Spałaś z nim?
Marta skinęła głową. Paweł wstał i poszedł do łazienki. Zamknął drzwi.
Nie trzaskał nimi. To było gorsze.
Marta słyszała wodę puszczoną w umywalce. Potem ciszę.
Kiedy wyszedł, miał czerwone oczy. - Dlaczego?
Nie miała odpowiedzi, która nie brzmiałaby banalnie.
- Nie wiem.
- Chciałaś?
Marta spuściła wzrok. - Tak.
Paweł usiadł naprzeciwko. - To przynajmniej tego mi nie odbieraj. Nie mów, że samo się stało.
- Nie mówię.
Długo siedzieli bez słów.
Paweł nie wybaczył jej tego wieczoru. Przez kilka dni prawie się nie widzieli.
Kiedy spotkali się po raz kolejny, rozmowa znowu zeszła na to, czego Paweł o niej nie wiedział.
- Co ty właściwie robiłaś przez ten ostatni miesiąc w Anglii? - zapytał. - Za każdym razem, kiedy o to pytam, lawirujesz. Nie chce mi się wierzyć, że cały miesiąc po prostu wyparował ci z pamięci.
Marta milczała, patrząc na niego.
Nie odpowiedziała. Wzięła kurtkę z oparcia krzesła, wyszła i trzasnęła drzwiami.
Marta przyszła do niego sama.
Otworzył drzwi i przez moment wyglądał, jakby nie wiedział, czy powinien ją wpuścić.
- Przepraszam - powiedziała i zaczęła płakać.
- Już mówiłaś.
- Wiem.
- I co mam z tym zrobić?
- Nie wiem. Chciałam ci to powiedzieć jeszcze raz.
Paweł odwrócił wzrok. Marta weszła o krok bliżej.
- Nie chcę, żebyśmy się tak skończyli.
- A jak?
- Bez próby.
To ona dotknęła jego twarzy pierwsza.
Pocałunek zaczął się ostrożnie, jakby oboje sprawdzali, czy jeszcze potrafią. Ostrożność szybko ustąpiła znajomemu pośpiechowi.
Nie doszli do sypialni.
W przedpokoju Marta usiadła na niskiej szafce na buty, tej samej, pod którą matka Pawła trzymała kiedyś kupione dla niej kapcie. Śmieszny szczegół przemknął jej przez głowę i zniknął.
Bliskość była gwałtowna, ale nie obca. Marta znała jego oddech, dłonie, sposób, w jaki mówił jej imię. Po dniach chłodu właśnie ta znajomość uderzyła ją najmocniej.
Przez kilka minut Marcin, telefon i wszystkie pytania zeszły na dalszy plan.
Byli tylko oni. Dopiero później Marta zesztywniała.
- Cholera, Paweł.
- Co?
- Zostałeś we mnie!
- Cholera.
Marta odsunęła włosy z twarzy.
Oboje siedzieli w ciszy, nagle bardziej trzeźwi niż przez cały wieczór.
Potem rozmawiali krótko o tym, co powinni zrobić i jakie jest ryzyko. Była to rozmowa praktyczna, niezgrabna i stanowczo za krótka.
Paweł uznał tamten wieczór za pojednanie.
Marta również. Przynajmniej do następnego dnia.
Najpierw powiedziała Dorocie. Temat wyszedł przypadkiem przy kawie.
- I co teraz? - zapytała Dorota.
- Nie wiem. Wkurzyłam się.
- Na niego?
- Na sytuację.
Dorota zmarszczyła brwi.
- Ale wiedział, co robi?
- Nie wiem. Powiedział, że nie zdążył.
- Marta, to jest nieodpowiedzialne.
Określenie utkwiło jej w głowie. Później Marta opowiedziała o tym jeszcze jednej koleżance. Przy większym stole temat usłyszał też znajomy chłopak.
- Serio? - powiedział. - To przecież nie jest tylko jego sprawa.
- Wiem.
- No to jak mógł tak zrobić?
Marta nie odpowiedziała od razu.
Mogła powiedzieć, że sama przyszła do Pawła.
Że sama go pocałowała.
Że chciała tej bliskości równie mocno jak on.
Że Paweł przestraszył się dokładnie tak samo jak ona.
Nie powiedziała tego ani nie skłamała.
Pozwoliła, żeby cudza wersja wydarzenia zrobiła się prostsza od prawdziwej.
Paweł dowiedział się przypadkiem.
Dorota przy nim rzuciła:
- Mam nadzieję, że już przynajmniej porozmawialiście o odpowiedzialności.
Paweł spojrzał najpierw na nią, potem na Martę.
- O czym?
Dorota zamilkła.
Wieczorem Paweł zapytał:
- Komu powiedziałaś?
Marta wzruszyła ramionami. - Dorocie.
- Tylko?
- Nie wiem. Rozmawialiśmy.
- My nie rozmawialiśmy.
- Rozmawialiśmy.
- Przez pięć minut. A potem poszłaś opowiadać o tym innym.
- Mam prawo rozmawiać z przyjaciółmi.
- Masz.
Paweł powiedział to spokojnie.
- Tylko ze mną o tym nie rozmawiałaś.
Marta otworzyła usta, ale nic nie powiedziała.
- Wybaczyłem ci Marcina - ciągnął. - Próbuję zrozumieć, jak mamy dalej być razem. A teraz dowiaduję się, że ludzie wiedzą, co robiliśmy w przedpokoju i jeszcze mają mi wystawiać oceny.
- Nikt cię nie ocenia.
Paweł spojrzał na nią. Oboje wiedzieli, że to nieprawda.
Od tego momentu jego pytania stały się częstsze, bardziej zazdrosne, bardziej nieufne.
Przestał być pewien, która wersja ich związku istnieje poza mieszkaniem.
Z Pawłem potrafili się rozstawać i wracać.
Raz Marta wyprowadziła się na tydzień do koleżanki po kłótni, której później nie umiała odtworzyć zdanie po zdaniu.
Pierwsze dwa dni były ulgą.
Trzeciego wieczoru zaczęła sprawdzać telefon.
Czwartego otworzyła rozmowę z Pawłem kilka razy i niczego nie napisała.
Piątego zobaczyła zdjęcie obiadu u jego matki wrzucone przez kuzynkę Pawła i poczuła absurdalną tęsknotę za stołem, przy którym zawsze siedziała po lewej stronie.
Napisała:
„Jesteś?”
Paweł odpowiedział po minucie:
„Jestem.”
Wróciła w piątek po pracy.
Otworzył drzwi i przez kilka sekund żadne z nich nic nie mówiło.
Marta objęła go pierwsza.
Pocałunek był gwałtowny, znajomy, pełen ulgi. Paweł potraktował jej powrót jak wybór: wróciła do niego, więc chce ratować związek.
Marta też tak wtedy myślała.
I naprawdę go wtedy chciała.
To nie było udawane.
Tyle że po kilku tygodniach znowu zaczynała potrzebować kawałka życia, do którego Paweł nie miał wejścia.
Kiedy związek się skończył, każde z nich pamiętało inną wersję. Marta pamiętała pytania.
„Kto?”
„Gdzie?”
„O której wrócisz?”
„Kto jeszcze będzie?”
Pamiętała telefon, który kiedyś położył między nimi na stole i powiedział:
- Pokaż.
Pamiętała własną wściekłość.
Pamiętała, że powiedziała:
- Nie jestem twoją własnością.
Paweł pamiętał to, co wydarzyło się wcześniej.
Marta też pamiętała. Tylko nie zawsze opowiadała o tym w tej samej kolejności.
Paweł mieszkał teraz na drugim końcu miasta w bloku z wielkiej płyty, który od dwóch lat był „w trakcie termomodernizacji”. Rusztowanie stało przy jednej ścianie, siatka trzepotała na wietrze.
Marta wjechała windą i zadzwoniła do drzwi.
Otworzył w dresowych spodniach i starej bluzie. Był nieogolony. Pachniało kawą i smażoną cebulą.
- Cześć.
- Cześć.
Przez moment stali w drzwiach.
- Wejdziesz?
- Tylko po kijki.
- Są w piwnicy.
Zeszli schodami. Piwnica śmierdziała wilgocią i zawalona była kartonami. Paweł otworzył metalowe drzwi. W środku stały jej kijki, stary plecak Pawła, dwa komplety opon i pudełko po ekspresie do kawy.
- Proszę.
Podał jej kijki. Marta sprawdziła paski, chociaż nie było czego sprawdzać.
- Dzięki.
- Jeździsz jeszcze?
- W góry? Tak.
- Sama?
Pytanie przyszło zwyczajnie. Marta podniosła głowę.
- Czasem.
Paweł wsunął ręce do kieszeni.
- Pytam normalnie.
- A ja normalnie odpowiadam.
Marta zacisnęła usta. - Paweł, nie zaczynajmy.
- Ja niczego nie zaczynam.
Ruszyła do drzwi.
- Marta.
Paweł patrzył na nią bez złości. Kiedyś krzyczał; teraz już nie.
- Masz kogoś?
Aleksander pojawił jej się w głowie tak wyraźnie, że poczuła się przyłapana, chociaż przecież nic między nimi jeszcze nie było.
- Nie.
Paweł zauważył zawahanie.
- Dobra.
- Znowu to robisz.
- Co?
- Wycofujesz się i zostawiasz mnie z tym „nic”.
- Bo jak powiem, co myślę, znowu wyjdzie, że cię kontroluję.
- Minęło pół roku.
- Wiem.
- I dalej musisz mnie sprawdzać?
- Nie muszę.
- To nie rób.
Paweł skinął głową. - Mam jeszcze twoją kurtkę przeciwdeszczową.
- Jaką?
- Zieloną. Została po Zakopanem.
- Myślałam, że zgubiłam.
- Mówiłem ci.
Marta nic nie odpowiedziała.
Wrócili na górę. Marta została w przedpokoju. Na ścianie wisiał jaśniejszy prostokąt po zdjęciu, które kiedyś zrobili nad Czarnym Stawem. Paweł przyniósł kurtkę.
- Wyprana.
- Dzięki.
- Marta...
- Co?
- Nie chcę się kłócić.
- To się nie kłóćmy.
Paweł oparł się o ścianę.
- Czasem się zastanawiam, czy ty naprawdę pamiętasz nas tak, jak było.
- A jak było?
- W tym rzecz.
Marta ścisnęła kijki.
- Nie mam ochoty do tego wracać.
- Ja też nie.
- To po co zaczynasz?
- Bo łatwo jest pamiętać tylko tę część, w której byłem zazdrosny.
Marta odwróciła wzrok. - Byłeś.
- Byłem.
- No.
- Tak to pamiętasz?
Nie odpowiedziała. Paweł pokiwał głową.
- Tak.
Wyszła. Na zewnątrz było zimno. Włożyła kijki do bagażnika i usiadła za kierownicą.
Nie uruchomiła silnika. Paweł miał rację przynajmniej w jednym: opowiadała tę historię krócej, niż na to zasługiwała.
Najłatwiej było powiedzieć: „Był zazdrosny.”
Trzy słowa. Wygodne.
Telefon zawibrował. Aleksander.
„Masz dziś czas?”
Marta patrzyła na ekran. Jeszcze kilka minut temu stała w mieszkaniu Pawła i słuchała pytania o to, jak pamięta ich związek.
Teraz człowiek, którego znała dwa razy, pytał, czy ma czas.
Odpisała:
„Mam. Jesteś we Wrocławiu?”
Aleksander:
„Tak. Spacer?”
Marta spojrzała na kijki widoczne w lusterku.
„Gdzie?”
„Las. Bez kawiarni, krzywej podłogi i świadków.”
„Brzmi podejrzanie.”
„Możesz wysłać koleżance lokalizację.”
Marta roześmiała się głośno.
Napisała:
„Ona i tak będzie chciała.”
„Mądra kobieta.”
Marta uruchomiła silnik i spojrzała na blok Pawła.
Nie myślała o jednym konkretnym zdarzeniu. Raczej o całej plątaninie: o jego matce, kapciach pod szafką, wiadomościach od ludzi, których Paweł nie znał, o telefonie odwracanym ekranem do dołu, o własnej złości, kiedy pytał, i o tym, że czasem sama nie wiedziała, dlaczego chowała ekran.
Potem telefon zawibrował jeszcze raz.
Aleksander podał miejsce i godzinę.
Marta ruszyła. Paweł został w lusterku razem z blokiem, rusztowaniem i zieloną kurtką leżącą na siedzeniu pasażera.
Rozdział 5
Czterdzieści dziewięć
Marta przyjechała pierwsza. Parking przy lesie był prawie pusty. Stały dwa samochody, jeden z uchwytem na rowery, drugi cały w błocie. Dalej zaczynała się szeroka droga między sosnami. Po nocnym deszczu pachniało mokrą ziemią i igliwiem. Marta wysiadła, zapięła kurtkę pod szyję i spojrzała na telefon.
Aleksander napisał sześć minut wcześniej:
„Będę za dziesięć. Korek.”
Odpisała:
„Starszym trzeba więcej czasu.”
Trzy kropki pojawiły się od razu.
„Już żałuję.”
Uśmiechnęła się i schowała telefon. Przyjechał po siedmiu minutach srebrnym kombi. Auto było czyste tylko tam, gdzie pracowały wycieraczki. Aleksander wysiadł w ciemnej kurtce, z małym plecakiem i termosem pod pachą.
Marta popatrzyła na termos. - Naprawdę?
- Co?
- Termos.
- Jest listopad.
- Masz też koc i apteczkę?
- Mam.
- O Jezu.
- Możesz wracać.
- Jeszcze zobaczę, co masz w plecaku.
- Kanapki.
Marta zaczęła się śmiać.
- Paweł też robił mi kanapki.
Aleksander zatrzasnął samochód.
- Paweł?
Dopiero wtedy zorientowała się, że powiedziała imię.
- Były.
- Aha.
- Tylko bez tego „aha”.
- Dobrze. Były.
- Skąd się wziąłeś we Wrocławiu?
- Mam tu mieszkanie po rodzicach. Czasami tu mieszkam, kiedy mam zlecenia. To dużo lepsze niż hotel.
Ruszyli w las. Przez pierwsze kilkaset metrów Marta mówiła więcej. Opowiedziała o kijkach, które rano odebrała od Pawła, o zielonej kurtce i o tym, że człowiek potrafi zgubić coś na pół roku w cudzej szafie. O samym Pawle mówiła ostrożniej.
Aleksander słuchał. - Długo byliście razem? - zapytał.
- Prawie trzy lata.
- Niedawno się rozstaliście?
- Dawno. Teraz przypomniał sobie kijki.
Marta zerknęła na niego.
Ścieżka zwęziła się. Pod butami chrzęścił piach. Marta przyspieszyła, bo lubiła iść trochę za szybko, czuć pracę nóg i chłodne powietrze w płucach. Aleksander dotrzymywał kroku bez problemu.
- Myślałam, że będę musiała na ciebie czekać - powiedziała.
- Mam czterdzieści dziewięć lat, a nie protezę biodra.
- Jeszcze.
- Wspaniale się zapowiada ten spacer.
Marta odwróciła się do niego tyłem i szła kilka kroków, patrząc mu w twarz.
Roześmiała się i odwróciła z powrotem.
Lubiła go drażnić. Przy Pawle żarty o wieku niczego by nie znaczyły. Tutaj każde takie zdanie dotykało czegoś, co oboje widzieli od początku.
Po kwadransie Aleksander skręcił z głównej drogi w węższą ścieżkę.
- Znasz tę trasę? - zapytała.
- Tak. Za pół godziny wyjdziemy nad małe jezioro.
- To czemu nic nie powiedziałeś?
- Powiedziałem: spacer.
- Nienawidzę ludzi, którzy wiedzą coś przede mną.
- To musi być ciężkie życie.
- Jest.
Marta wsunęła dłonie do kieszeni. Las gęstniał. Powietrze było wilgotne i chłodne, ale słońce zaczynało przebijać przez chmury. Na jednym z zakrętów zobaczyła między drzewami wodę.
- Ładne - powiedziała ciszej.
Aleksander niczego nie skomentował.
Zeszli do drewnianego pomostu. Deski były mokre. Marta weszła pierwsza, doszła prawie do końca i stanęła nad czarną wodą. Po drugiej stronie rosły trzciny, dalej las. Nikogo.
- To rozumiem - powiedziała.
- Co?
- Miejsce.
Zdjęła kaptur. Wiatr przesunął jej jasne włosy na twarz.
- Latem jest gorzej - powiedział Aleksander. - Ludzie, grille, dzieci, muzyka z telefonu.
- Czyli przyjeżdżasz, kiedy nikogo nie ma.
- Najczęściej.
Usiadła na mokrej ławce przy pomoście, zanim zdążył coś powiedzieć.
- Masz mokry tyłek - stwierdził.
- Wiem.
Wyjął termos i dwa metalowe kubki.
Marta wzięła jeden. Para uderzyła ją w twarz. Kawa była mocna, trochę za gorzka.
- Da się pić.
- Dzięki.
- To komplement.
- Uczę się twojego języka.
Siedli obok siebie. Ich ramiona prawie się stykały, ale Aleksander zostawił kilka centymetrów przestrzeni.
Marta zauważyła. Od pierwszego spotkania czekała na jakiś ruch. Dłoń na plecach, przypadkowe dotknięcie kolana, próbę pocałunku pod basztą. Nic takiego się nie wydarzyło. Zaczynała się zastanawiać, czy jego „podobasz mi się” było zwykłą odpowiedzią na jej bezczelne pytanie.
- Mogę cię o coś zapytać? - powiedziała.
- Już pytasz.
- Masz problem z tym, że mam dwadzieścia sześć lat?
Aleksander odstawił kubek na deskę.
- Myślę o tym.
- To nie odpowiedź.
- Innej nie mam.
- Przeszkadza ci?
- Czasem.
Marta spojrzała na wodę. - Czyli jednak.
- Mam córkę starszą od ciebie. Mam pracę, ludzi, którzy mnie znają od dwudziestu lat. Ty jesteś na początku wielu rzeczy. Widzę to wszystko.
- I co?
- I siedzę z tobą nad jeziorem.
- To już zauważyłam.
Aleksander podniósł kubek.
- A tobie przeszkadza?
- Jeszcze nie wiem.
- Uczciwie.
- Dorota uważa, że powinnam uciekać.
- Ta od złych rad?
- Ta sama.
- Może akurat ma rację.
Marta odwróciła się do niego. - Chcesz, żebym uciekła?
- Gdybym chciał, nie zapraszałbym cię tutaj.
- To po co mówisz takie rzeczy?
Aleksander chwilę milczał. - Bo różnica wieku nie zniknie od tego, że fajnie nam się gada.
- Dobrze - powiedziała.
Telefon zadzwonił w jego kieszeni.
Spojrzał na ekran. - Córka.
- Odbierz.
Wstał i odszedł kilka kroków. Marta słyszała tylko fragmenty.
- Cześć... Tak... W lesie... Nie, pogoda jest dobra... W przyszłym tygodniu mogę w środę.
Mówił inaczej. Cieplej, ale bez zdrobnień. Marta patrzyła na jego plecy i nagle uświadomiła sobie, że zna go głównie z dwóch kaw i kilkunastu wiadomości. Za tym stało prawie pięćdziesiąt lat życia, do którego nie miała dostępu. Wyjęła telefon.
Marta schowała telefon. Aleksander wrócił.
- Wszystko okej? - zapytała.
- Tak. Przyjeżdża za dwa tygodnie.
- Do ciebie? Tu do Wrocławia?
- Mhm.
- Wie o mnie?
Aleksander popatrzył na nią zaskoczony. - Marta, o czym ma wiedzieć?
Poczuła ukłucie. - No tak.
Wstała i podeszła na koniec pomostu. Drewno lekko uginało się pod butami. Wiatr dmuchnął mocniej. Marta objęła się ramionami.
Aleksander podszedł.
- Chcesz wracać?
- Jeszcze chwilę.
Stanął obok.
- Marta.
- Mów.
- Ja jestem ostrożny.
- Widzę.
- To cię denerwuje?
- Bywa.
- Mogę przestać.
- Nie musisz.
Przez moment żadne się nie ruszało.
Marta miała wrażenie, że wszystko stało się nagle zbyt wyraźne: chłód na policzkach, mokry zapach desek, kawa na języku, jego twarz bliżej niż wcześniej. Aleksander podniósł rękę. Zatrzymał ją przy jej policzku, jakby jeszcze dawał jej czas.
Marta sama zrobiła pół kroku.
Pocałował ją spokojnie. Bez pośpiechu.
Marta położyła dłoń na jego kurtce. Pod materiałem czuła ciepło i twardy zamek. Pocałunek trwał kilka sekund. Kiedy Aleksander się odsunął, Marta została blisko.
- I? - zapytał.
- Co „i”?
- Nic.
- Nie używaj „nic”.
- Zapomniałem.
- Kłamiesz.
Uśmiechnął się. Marta pocałowała go drugi raz.
Tym razem ona zaczęła.
Kiedy wracali, trzymali się za ręce przez może pięć minut. Potem ścieżka zrobiła się błotnista i Marta puściła go, żeby przeskoczyć kałużę. Nie złapała go ponownie.
Aleksander też tego nie zrobił.
Przy samochodach podał jej termos.
- Trzymaj.
- Po co?
- Chciałaś kawę.
- Oddam.
- Przy następnej okazji.
Marta oparła termos o biodro.
- Sprytne.
- Kosztował trzydzieści dziewięć złotych.
- Czyli muszę się z tobą spotkać za trzydzieści dziewięć złotych.
- Plus kawa.
- Robi się poważnie.
Aleksander otworzył samochód.
- Marta.
- Co?
- Jak będziesz chciała powiedzieć koleżankom, że spotykasz starego faceta, to mów. Ja się nie obrażę.
Zaśmiała się. - Dorota już wie.
- Oczywiście.
- I ma mnóstwo opinii.
- Tego też się spodziewałem.
- Chcesz znać?
- Oszczędź mi.
Odpowiedział tak szybko, że znowu się roześmiała.
Wsiadła do auta. Zanim ruszyła, sprawdziła telefon.
Dorota wysłała cztery wiadomości.
„I?”
„I????”
„MARTA”
„JAK TAM OJCIEC ROKU?”
Marta odpisała:
„Pocałował mnie.”
Telefon zadzwonił natychmiast. Odrzuciła połączenie.
Dorota napisała:
„I JAK?”
Aleksander stał przy swoim samochodzie i wycierał błoto z buta kawałkiem papierowego ręcznika. Wyglądał zwyczajnie: trochę za poważny, trochę śmieszny z termosem i apteczką, starszy od niej o prawie całe jej życie.
Napisała:
„Dobrze.”
Dorota:
„TYLKO DOBRZE?”
Marta zastanowiła się.
„Chcę jeszcze raz.”